-Sally... Coś ty zrobiła.-usłyszałam jego szept...
*Charles*
Usłyszałem szept Sal w mojej głowie
-Charlie miej mnie w opiece.
-Sally... Coś ty zrobiła.-pomyślałem i utraciłem z nią kontakt.
Byłem pewny, że Sal zajęli się lekarze. Nie mogłem bardziej się mylić. Tyle, że wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem. Byłem pewny, że psychiatrzy wyjęli Sally chip więc nie przejąłem się utratą kontaktu co było największym błędem w moim dotychczasowym życiu.
*dwa dni później*
Dzisiaj pojechaliśmy odwiedzić Sal w szpitalu.
-Dzień dobry-powiedziałem-Przyszliśmy w odwiedziny do Sally-pokazałem pielęgniarce legitymację CIA.
-Proszę za mną.-powiedziała niezadowolonym tonem
Ruszyliśmy w głąb szpitala. Mnóstwo zakrętów, schodów, drzwi. Jak w labiryncie. Co jakiś czas mijaliśmy pacjentów. Niektórzy ogłuszeni lekami inni wrzeszczący o tym, ze są tu bez powodu. Gdy wreszcie zatrzymaliśmy się przed salą lekarzy okazało się że nie możemy iść dalej. Musimy tu czekać na Sal. Po chwili weszliśmy do sali i zobaczyliśmy w niej naszą szefową. Była przywiązana pasami do łóżka, a nadgarstki miała owinięte bandażami. Pusty wzrok skierowała w ścianę przed sobą.
-Pacjentka podcięła sobie żyły dwa dni temu. Straciła dużo krwi i przy okazji pamięć. Nie wiadomo czy ją odzyska. Reaguje tylko na jedno imię - Harry. Ach, byłbym zapomniał. Pani Sally jest w ciąży. To czwarty miesiąc. Gratuluję ojcu. Który to z panów?
-Żaden z nas.- wymamrotałem
Nie wiedzieliśmy jak to się mogło stać. Chyba, że... no tak przecież Sal była gwałcona. To okropne. Nie wiem jak ona się z tego pozbiera. A właśnie co z chipem? Przecież tam jest jej pamięć. Czułem w swoim chipie, że Sal go ma, ale jeśli straciła pamięć to nie pamięta kodu dostępu. Muszę podać jej kod.
-Możemy zostać sami z pacjentką?
-Ależ oczywiście, że nie.
-To sprawy CIA nie możemy pozwolić by ktokolwiek to słyszał. To ściśle tajne.
-No dobrze. Mają panowie 10 minut- powiedziała i wyszła z sali.
-Podszedłem do Sal i powiedziałem jej do ucha: kod dostępu to- 0S0a19l6l0y904.
Nic. Żadnej reakcji. Już mieliśmy wyjść gdy usłyszałem "To nie tak jak myślisz, kotku". Rozwiązaliśmy Sal i pozwoliliśmy jej prowadzić. Wyszliśmy innymi drzwiami niż te którymi wchodziliśmy. Gdy wreszcie Sally się zatrzymała doznaliśmy szoku. Jej sala nie wglądała jak ta w której przed chwilą byliśmy. Dziewczyna usiadła na swoim stelażu łóżka. Nie było na nim materaca. Ściany były poobdzierane z farby.
-To nie tak miało wyglądać-powiedziałem w myślach do Kacpra, który do tej pory siedział cicho.
-Taaa...
-Sal my już musimy iść. Jutro zabierzemy Cię do domu.-powiedziałem na głos
-Harry.-usłyszałem odpowiedź.
*następnego dnia*
-Zabieramy dzisiaj panią Sally do domu. To ważne. Bardzo ważne. Nie ma sprzeciwu.
Poszliśmy do jej pokoju. Wziąłem ją na ręce. Jeszcze spała. Wsadziłem ją do auta i ruszyłem. Obudziła się w połowie drogi i zaczęła krzyczeć.
-HARRY!!!