piątek, 27 czerwca 2014

Kolejna część.

Hej! Wiem, że właśnie dodałam epilog(miałam mega wenę, choć nie wiem co z tego wyszło), ale chyba nie myślicie, że tak to się kończy? Oczywiście, że ta historia ma dalszy ciąg. Jest tylko pytanie czy chcecie go czytać? Wiem, że rzadko cokolwiek dodaję, ale staram się jak mogę. Miałam strasznie dużo nauki. Teraz są wakacje więc jeśli tylko chcecie mogę napisać drugą część. Wiem, że Sal nie żyje i tak dalej i szczerze wam powiem, że na początku nie miałam zamiaru jej zabijać, ale tak wyszło. Jednak żyją jej dwa małe klony. Ever i Another. No i jest Charles, Olivia, Anthony i całe One Direction. Oni też przecież żyją. Więc jak chcecie kolejną część? Od razu mówię, że będzie ona działała na innych zasadach. W pierwszej części nie wymagałam komentarzy, ale teraz chyba zacznę bo zaczęłam w siebie wątpić. Jeśli chcesz next to skomentuj ten post.

Epilog, czyli koniec.

Dzisiaj pogrzeb Sally. Ever i Another są już w domu. Dzieci bardzo dobrze się nimi zajmują. Uczą się w ten sposób odpowiedzialności. Zapisałem ich do pobliskiej szkoły i od września zaczną naukę. Gdy oni będą w szkole, ja będę zajmował się moimi dziećmi. Wszyscy byliśmy ubrani na czarno. Staliśmy właśnie na cmentarzu. Olivia pchała wózek. Jako chyba jedyna potrafiła rozróżnić, która z bliźniaczek jest która. Nawet ja miałem z tym kłopoty. Musiałem się wiele nauczyć, ale Olivia mi pomagała. Często robiła za opiekunkę. Znała się na tym.
Ksiądz prawił jakieś naprawdę nudne kazanie. Gdy skończył do JEJ grobu wrzuciłem krwisto czerwoną różę i garść ziemi. Zacząłem płakać dopiero gdy grabarze zasypali jej trumnę. Padłem na kolana. Harry i Louis mnie podnieśli i zaprowadzili do auta. Gdy ochłonąłem i gdy wszyscy wrócili z cmentarza pojechaliśmy na stypę. Nic ciekawego, oprócz tego, że zrobiłem z siebie ogromnego idiotę. Rozpłakałem się przed wszystkimi, a potem upiłem. Obudziłem się następnego dnia nie pamiętając nic. Kompletna pustka.
-Spiłeś się. -usłyszałem głos Nialla
-Na to wygląda. A co z dziewczynkami?
-Nie martw się. Olivia się nimi zajęła. Jak się czujesz-spytał po chwili niezręcznej ciszy
-Pusty. -powiedziałem krótko.- Jak dziurawy dzbanek, jak pegaz bez skrzydeł, jak narkoman na odwyku...-zacząłem się nakręcać gdy chłopak mi przerwał
-Dobra, ogarnąłem. Czujesz się samotny.-zamilkł.
Przez chwilę siedzieliśmy cicho.
-Podziwiam cię.-powiedział nagle
-Za co?
-Jesteś odważny. Jesteś silny. Gdyby umarła miłość mojego życia, zabiłbym się z tęsknoty. Nie patrzyłbym na to, że mam dzieci do wychowania. A ty dajesz radę. Jesteś moim bohaterem Charles. Szkoda, że niedługo i my będziemy musieli cię opuścić. Ale obiecuję ci, że cię odwiedzimy. W końcu Harry jest chrzestnym Ever.
-Dziękuję- powiedziałem i go przytuliłem.
Potem zostawił mnie samego. Poszedłem do jej pokoju. Usiadłem na jej ulubionym oknie i patrzyłem w dół na ulicę pełną samochodów i ludzi pędzących donikąd. Już jutro wyjeżdża One Direction. Muszę im coś dać. Tylko co? Rozejrzałem się po Jej pokoju i mój wzrok spoczął na Jej czarnym zeszycie. Ja miałem identyczny. I już wiedziałem co dam chłopcom.
Następnego dnia, gdy moi przyjaciele szykowali się do wyjazdu poprosiłem ich do salonu. Kiedy wszyscy już byli na miejscu zacząłem mówić.
-Dzisiaj już wyjeżdżacie. Będzie mi was cholernie brakować. Szczególnie teraz. Mam nadzieję, że kiedyś jeszcze się spotkamy. Mam nadzieję, że nie będziecie mieli takiego pecha w życiu jak ja. Szukajcie swoich dróg, róbcie karierę, a nami się nie przejmujcie. Poradzimy sobie sami. Tak na koniec chciałbym wam coś dać. Coś co miała dać wam Sal gdybym umarł, w trakcie porwania. Nigdy do tego nie doszło bo Sal oszalało, ja przeżyłem i cała reszta. Więc daję wam to teraz. Mój czarny zeszyt. Każdy taki dostawał. Sally wciąż leży w jej pokoju. Zapisywaliśmy tam to co chcieliśmy. To była nasza jedyna prywatna rzecz. Nikt inny nie mógł tam zajrzeć. Teraz chciałbym wam go dać. -podałem zeszyt Liam'owi.
-Co tam jest?-spytał Zayn
Liam otworzył zeszyt z którego powypadały kartki i wszyscy krzyknęli ze zdziwienia.
-Nuty, teksty? Piszesz piosenki i my nic o tym nie wiemy?
-Tak jakoś wyszło.-podałem im jeszcze jedną kartkę- To najnowsze co napisałem.
Po tych słowach poszedłem do swojego pokoju. Przebrałem się zapakowałem córeczki do wózka i poszedłem na cmentarz. Musiałem porozmawiać z Sally. Miała tylko dwadzieścia lat. Po godzinie wróciłem do domu. Nikogo nie było w środku. Na stole leżały dwie koperty. Jedna podpisana od One Direction, a druga od szefa. Otworzyłem najpierw tą od One Direction.
Drogi Charlesie!
Przepraszamy, ze tak bez pożegnania, ale wyszedłeś, a nie chcieliśmy ci przeszkadzać. Jesteś dla nas jak brat. Dziękujemy ci. Musisz być silny dla swoich córek. Nie pozwól nikomu sobą pomiatać. Pamiętaj, że zawsze będziemy. Możesz dzwonić kiedy zechcesz. Przy nas możesz być sobą. Dziękujemy ci za piosenki. Na pewno je wykorzystamy. Są świetne. Szkoda, że nie mogliśmy usłyszeć ich w twoim wykonaniu. Przyjedziemy cię odwiedzić za około pół roku. To będą akurat święta. Co ty na to? Odpisz nam na mejla. Jeśli będziesz miał jakąś misję to pisz. Z chęcią ją wykonamy. Jeszcze raz dziękujemy. 
One Direction xoxo
Drugi list najpierw przez kilka godzin trzymałem w rękach lub po prostu przyglądałem mu się. Nie chciałem go otwierać. Doskonale wiedziałem co się w nim znajduje. Nakarmiłem dziewczynki i położyłem spać. Umyłem się, wziąłem list i poszedłem do Jej pokoju. Rozdarłem kopertę szybkim ruchem. Wyjąłem list i zacząłem czytać.
Szanowny Panie!
Mamy zaszczyt poinformować pana, że niestety ze względów braku odpowiedniego wykształcenia nie może Pan sprawować opieki nad zamieszkałymi tu dziećmi. Musieliśmy je zabrać do bazy głównej. W najbliższym czasie mamy zamiar zatrudnić nowego opiekuna. Jeśli jest Pan chętny na to stanowisko może Pan oczywiście kandydować. Zapewnimy Panu odpowiednie wykształcenie i wszystko co potrzebne jest do sprawowania tego stanowiska.
Z poważaniem
Główny dyrektor CIA
Wojciech Wrona
Zabrali mi wszystko. Teraz mam tylko córki, ale będę silny. Tak jak Ona w najgorszych momentach. Zrobię to dla Niej. Odzyskam dzieci choćbym miał to zrobić siłą. Popatrzyłem przez okno. Po szybie spłynęła moja łza, a Another zaczęła płakać.

Rozdział dwudziesty trzeci, czyli Ever & Another.

*3,5 miesiąca później. Sally.*
Właśnie uczyłam Hazzę jak rozbroić bardzo skomplikowany zamek gdy się zaczęło.
-Harry. To już - powiedziałam.
-Co mówiłaś?-spytał, odrywając się od pracy.
-Rodzę! -krzyknęłam i wtedy do sali wpadł Charles. Wziął mnie na ręce i zaniósł do auta. Ruszyliśmy do szpitala. Szybko dotarliśmy na miejsce.
*Charles*
Kazano mi zostać w poczekalni. Chodziłem od ściany do ściany. Niedługo później do holu wbiegło całe One Direction.
-I co z nią?- spytał Harry.
-Jeszcze nic nie wiem.
Wtedy do pomieszczenia weszła pielęgniarka. Miała dziwną minę. Zacząłem się martwić.
-Który z panów jest ojcem?-spytała poważnie
-Ja. -podniosłem rękę
-Został pan ojcem dwóch zdrowych dziewczynek.
-Dwóch?!
-Bliźniaki.-powiedziała kobieta
-A co z nią? Co z Sally?
-Tu niestety nie ma dobrych informacji...
-Nie, nie, nie... - zacząłem powtarzać w kółko
-Pańska narzeczona nie żyje. Jej serce nie wytrzymało. Nie udało nam się jej uratować.
Padłem na kolana. Płakałem już dawno. Sally, Sally moja kochana.
-NIE!
Moją rozpacz słyszało chyba pół szpitala. Widziałem, że chłopcy też płaczą. Podszedł do mnie Zayn.
-Musisz byś silny.
-Nie, nie, nie...
-Masz dwie córki. Musisz im powiedzieć o tym jak cudowna była ich matka. Bądź silny dla nich. Będą cię potrzebowały. Chłopcy już zawiadomili wszystkich. Źle to przyjęli. Im też jesteś potrzebny.
Wstałem z podłogi i przytuliłem się do Zayna.
-Mogę iść ją zobaczyć?-spytałem pielęgniarkę.
-Tak, proszę za mną.
Kobieta zaprowadziła mnie do sali w której leżała ona. Miłość mojego życia. Matka dzieci, które tak właściwie są sierotami. Nie jestem ich biologicznym ojcem. Będę je kochał jak własne i dobrze wychowam.
-Oh, ukochana. Czemu mi to robisz?-rozpaczałem.-Kochałem cię, kocham i zawsze kochać będę.
Pocałowałem Sally po raz ostatni i wyszedłem z sali. Pielęgniarka zaprowadziła mnie do córek.
-Jakie imiona pan dla nich wybierze?
-Ever i Another.
-Nietypowe imiona.
-Nie pochodzę z Polski.
-Oh. Mogę pana poprosić o podpis?
-Tak.-podpisałem nie patrząc na kobietę. Przyglądałem się moim córkom. Były cudowne. Malutkie, ale śliczne. Takie delikatne. Moje małe aniołki. Zajmę się wami. Gdy wreszcie napatrzyłem się na córki wróciłem do 1D. Cały czas płakali więc ja też zacząłem. Nie to żebym nie rozpaczał. W środku rozrywało mnie na strzępy, ale przez wiele lat nie okazywałem uczuć, a po za tym w bazie ciągle ktoś umierał. Podszedłem do Harr'ego i spytałem:
-Zostaniesz ojcem chrzestnym Ever?
Zrobiłem to bo wiedziałem, że kochał Sal.
-Tak. Zostanę.
Wróciliśmy do bazy. Zapłakana Olivia od razu wpadła mi w ramiona. Długo płakaliśmy. Nigdy nie widziałem tak zrozpaczonych ludzi jak oni. To miał być koniec tego o co do tej pory walczyliśmy.
Tak mamy skończyć? Nie mogę zostawić tych dzieci na pastwę losu. Zajmę się nimi tak jak swoimi własnymi. Zostaniemy tutaj, we Wrocławiu. Zapiszę dzieci do najbliższej szkoły. Pozwolę im normalnie żyć. Tak to będzie najlepsze rozwiązanie.