czwartek, 20 czerwca 2013

Rozdział czternasty, czyli no dobrze kochanie...

Rozdział dedykuję kokienkoo za pierwszy komentarz na tym blogu. Wielkie dzięki :)
Dzieci z CIA nie mogły się dowiedzieć co się stało z Sally.
*Sally*(włącz to)
-No to już ostatnie zadanie. Tylko dla kobiet. Większość pań lubi takie rzeczy, ale domyślam się, że Ciebie to nie zadowoli. Zmienimy Ci fryzurę, kolor włosów, ciuchy i kolor oczu. Przejdziesz metamorfozę. Zaczniemy od odwiedzenia fryzjera.-Michael był tak przejęty tym wszystkim, że nie zauważył kawałka zbitej butelki który podniosłam z ziemi. Szliśmy sami. Całą swoją świtę zostawił w budynku. To było doskonała okazja do uwolnienia się. Szedł przede mną. Wystarczyło, że zrobię jeden szybki ruch i już po nim. Zastanawiałam się czy to uczciwe, ale biorąc pod uwagę to co on robił ze mną- mój czyn będzie uznany za działanie w obronie własnej. Zrobiłam jeszcze krok i cicho niczym pantera doskoczyłam do Michaela. Szkło które trzymałam w dłoni wbiłam mu w tętnicę pulsującą tuż nad moim łokciem, którym przyduszałam chłopaka. Puśiłam ciało i patrzyłam jak powoli jego oczy gasną.
-Co ty zrobiłaś?-wyszeptał na ostatnim tchu
-To za Charles'a.-odpowiedziałam i wtedy jego oczy przesłoniła mgła, klatka piersiowa przestała podnosić się i opadać.

-Zabiłam człowieka.-szepnęłam-Jestem mordercą.
Rozejrzałam się gdzie jestem. Wiedziałam tylko jak trafić z powrotem do budynku w którym byłam. Jednak teraz po zabójstwie czułaś w sobie siłę. Wiedziałaś, że jak Michael zginął to Burk'si nie będą już tak silni. Będę mogła ich pokonać. Po tym zadaniu miałam oficjalnie zostać przyjęta do gangu, miałam  mieć tatuaż Burk'sów. Na szczęście nie doszłam do końca zadań. Weszłam do budynku.

-Michael nie żyje!!!-krzyknęłam-Zabiłam go. Teraz, żegnam.-powiedziałam i trzasnęłam drzwiami. Chciałam żeby myśleli, że wyszłam. Po chwili do sali wszedł pierwszy chłopak uderzyłam go w tył głowy. Zemdlał. Dwóch z głowy jeszcze tylko 98. Poszłam w stronę głównej centrali dowodzenia. Musiałam iść po mój chip. Od mojej rozmowy z Lou minęło półtora miesiąca. Od pięciu miesięcy nie widziałam się z One Direction i dziećmi. Tęsknie za nimi. Teraz nie wiem gdzie jestem i kiedy do nich wrócę, czy w ogóle wrócę. Gdziekolwiek jestem. Doszłam do centrali i otworzyłam drzwi. Dobrze wiedziałam, że nikt ich nie pilnuje. Otworzyłam pierwszą szufladę i zobaczyłam klucze. Mnóstwo kluczy. Jeden szczególnie mnie zaintrygował. Ten z podpisem Charles. Wzięłam go i schowałam do kieszeni spodni. Przeszukałam całe pomieszczenie i w końcu znalazłam to czego szukałam. Chip, ale nie jeden. Multum. Znalazłam mój. I Charlesa. Działał. To dziwne. Chip umiera razem z jego właścicielem. Czyli Charles żyje.  Nie zabili go. Chcieli mnie tylko wystraszyć, załamać. Wsadziłam mój chip na miejsce i "wpisałam" kod. Po chwili wiedziałam już co i jak, ale nie kontaktowałam się z nikim. Pobiegłam do pokoju Charlesa. Ze spodni wyjęłam klucz i otworzyłam drzwi.
-Charles!-krzyknęłam i rzuciłam się chłopakowi na szyję. Wyglądał o niebo lepiej niż kiedy go ostatnio widziałam. 
-Masz to twój chip. Zabiłam Michael'a. Uciekajmy.
-Dobrze, ale weźmy ze sobą Kacpra. On nadal ma chip, zaraz z nim pogadam.
-No dobrze, kochanie...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz