czwartek, 20 lutego 2014

Rozdział dwudziesty drugi, czyli pierścionek na lotnisku.

- Strzaskane jaja, zniszczone gniazda.
Dziewczyna trzepnęła głową i spytała:
-Czemu mnie trzymacie?

*miesiąc później*
*Charles*
Sally wróciła. Przejęła prowadzenie razem ze mną. Dzisiaj ma przyjechać do nas One Direction na dalsze szkolenie. Potrzebujemy ich. Ostatnio dołączyło do nas kilkoro dzieci. Trzech chłopców w wieku 15 lat i osiem dziewczyn w wieku od 7 do 14 lat. Teraz w bazie jest nas czterdzieści osób. Powiększyliśmy bazę we Wrocławiu i teraz mieszkamy tam wszyscy. Są pokoje jedno i dwu osobowe. Chłopcy z 1D mają swoją własną bazę oddaloną o niecałe 500 metrów od naszej. Dzięki temu będziemy mieli ich pod kontrolą, a oni będą mieli własny kąt. Wszystko byłoby cudownie gdyby nie ciąża mojej ukochanej. Ach, właśnie zapomniałem powiedzieć. Jesteśmy oficjalnie zaręczeni. Ja i Sally. Kupiłem jej pierścionek z topazem. Wiem, że uwielbia niebieski. Postanowiłem wychować dziecko mimo, że nie jest moje. Wszyscy wspieramy Sal w tym trudnym momencie. Gdy przyjedzie One Direction Sally będzie uczyła ich rozbrajania zamków i zabezpieczeń, łamania kodów i różnych tego typu. Normalnie uczyłaby ich samoobrony, ataku lub robiła z nimi ćwiczenia ogólno-usprawniające, ale cóż. To już dwudziesty drugi tydzień. Jeszcze tylko czternaście i będę ojcem. Zastanawialiśmy się ostatnio nad imieniem dla malucha. Jeśli będzie to chłopiec nazwiemy go Jeremi, a jeśli dziewczynka to Nathalie. Nie podobało nam się żadne polskie imię. Chociaż Natalia nie było złe, ale Sal powiedziała, że nie chce by imię jej córki kończyło się na a. Tak więc teraz czekamy na lotnisku, na prywatny samolot One Direction. Ma wylądować za dwie minuty.
-Charles, idę do łazienki.
-Dobrze, ale weź z sobą Olivię.
-Okej.-powiedziała i poszła z dziewczyną w stronę toalet.
Patrzyłem w stronę gdzie zniknęły w tłumie gdy usłyszałem, że dzieci krzyczą w euforii. Odwróciłem się i zobaczyłem piątkę chłopaków okrążoną przez maluchy.
-Charlie, a kto to jest?- spytała mnie swoim słodkim głosikiem malutka Maggie. Była wystraszona tak bardzo, że nie chciała puścić moich nóg.
-To są tacy panowie którzy nam często pomagają, ale jeszcze mało umieją. Przyjeżdżają do nas raz na jakiś czas i my ich wtedy uczymy. Są bardzo mili. Zobaczysz polubisz ich. I wiesz co?
-Co?
-Harry, to ten z takimi fajnymi lokami. Niall to ten w blond włosach. Ten z czarnymi włosami to Zayn. Szatyn z krótkimi włosami to Liam, a ten ostatni to Louis. Myślę, że Harry bardzo Cię polubi idź do niego.
-Dobrze, Charlie.
Już przywykłem do tego, że większość osób mówi do mnie Charlie, a nie Charles. Tak było łatwiej.
Po chwili podszedł do mnie Liam.
-Siema, stary.-powiedział
-Hej młody!-odpowiedialem po czym przytuliłem chłopaka i poklepałem go po plecach?
-Gdzie masz dziewczynę?-spytał.
Odkaszlnąłem.
-Chciałeś powiedzieć narzyczoną. W toalecie.
-Och... Gratulacje. Czemu nic nie mówiłeś?
-Sally nie chciała. Jej życzenie jest moim rozkazem. Kocham ją najbardziej na świecie.
-A jak tam dziecko? Wszystko z nim dobrze?
-Tak. Jest bardzo dobrze. Sal już chyba pogodziła się z tym że będzie matką. Dziecko rośnie jak na drożdżach, a to dopiero połowa piątego miesiąca. Poprosiliśmy lekarza, żeby nie zdradzał nam szczegółów.
-Charles! -Louis rzucił się na mnie.- Tyle czasu, brachu! Jak tam? Co u Sally? Gdzie ona jest? Miała tu być. Nie mów, że już urodziła.
-Spokojnie Lou. Sal jest w toalecie zaraz wróci. Liam opowie Ci resztę. Ja muszę ogarnąć dzieci bo Harry, Zayn i Niall zostali z tymi małpkami sami.-powiedziałem i poszedłem w stronę zbiegowiska.
Gdy większość dzieci zachowywała się już w miarę cywilizowanie, ja walczyłem z małą Maggie, która za nic nie chciała puścić Harr'ego.
-Wcześniej nawet nie chciała do ciebie podejść.-powiedziałem
-Maggie puść Hazzę. Daj mu odpocząć.- usłyszałem aksamitny głos mojej ukochanej.
-Dobrze Sally.-moja narzyczoną miała większy posłuch wśród dzieci niż ja
-SALLY!!!- krzyknęli chłopcy
-Ej, ale pojedyńczo.-ostrzegła dziewczyna- Muszę jeszcze pożyć.
Wszyscy chłopcy po kolei podeszli do niej się przywitać.
-No widzę, że Charlie miał rację mówiąc, że dziecko rośnie jak na drożdżach.-powiedział Liam.- Właśnie Sal pokaż swój pierścionek.
-Jaki poerścionek? Czy my o czymś nie wiemy, Liam?-spytał zdziwiony Harry.
-Och, myślałem że wiecie. Mogę im powiedzieć?-zwrócił się do nas
-Tak, jasne.
-Nie uwierzycie...
-No mów rzesz.-Loui zaczął się denerwować
-Sally i Charles są zaręczeni.
I zaczęły się gratulacje. Wszyscy po kolei nam gratulowali. Widziałem, że moja ukochana jest już zmęczona. Pokierowałem grupę do naszego autobusu. Wysadziłem 1D pod ich bazą.
-Za godzinę w naszej bazie.-powiedziałem na pożegnanie i pojechaliśmy do nas.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz