piątek, 31 maja 2013

Rozdział jedenasty, czyli jak pegaz bez skrzydeł...

*Liam*
Dzisiaj mijają dwa dni od porwania Sal. Wczoraj wywieszaliśmy plakaty o jej zaginięciu. Domyślamy się, że to sprawka Burks'ów. Tylko oni mieli motyw. Chyba, że to szef, ale wątpię. martwimy się wszyscy, ale Olivia z Conradem są w okropnym stanie. Dzieci nie mają tego wigoru co wcześniej. Sal musiała być dla nich ogromnym wsparciem i nadzieją. Zresztą nie dziwię im się. Po tym co przeżyli. Ona poświęciła siebie, żeby oni mogli w miarę normalnie żyć, a teraz jeśli one zniknie lub umrze to będzie z nimi koniec. Nie będzie się miał kto nimi zająć. My nie możemy zostać w Polsce na zawsze. Nawet jeśli byśmy chcieli to mamy trasę. Nie mogliśmy jej szukać... Chyba, że skończylibyśmy szkolenie. Ale kto by je prowadził skoro JEJ nie ma? Conrad chyba nie będzie w stanie. W Polsce mogliśmy zostać jeszcze maksimum dwa tygodnie. To i tak bardzo dużo. Postanowiliśmy, że w tym czasie nauczymy dzieci samodzielności. To było jedyne co mogliśmy zrobić dla niej.
*Sally*
-No, dobrze się ostatnio spisałaś. Za chwilę następny klient. Masz go dobrze obsłużyć. Jasne?!
Pokiwałam głową.
-Mam nadzieję, suko. Nie licz, że ten klient będzie litościwy tak jak ten wczoraj. Już dzisiaj będziesz pieprzona. A my będziemy patrzeć jak cierpisz. Jeśli klient tego nie zrobi to zrobi to szef lub ktoś inny. Będziesz błagała o litość.-powiedział Kacper, po czym uderzył mnie z liścia w twarz kopnął w brzuch i splunął prosto w twarz. Wyszedł. Zmuszają mnie do prostytucji. To okropne. Charles jeszcze żyje, ale jeśli tak dalej pójdzie to nie długo będzie po drugiej stronie tęczowego mostku. Wyjęli mi chip. Bez niego czuję się jak... jak pegaz bez skrzydeł. Potrafię bez niego żyć, ale jest jakoś inaczej. Dziwnie. Przynajmniej przestali mnie związywać. Mogłam chodzić po niewielkim pomieszczeniu w którym byłam przetrzymywana. Nie mam żadnych informacji ze świata zewnętrznego. Boję się o dzieci. No i o to cholerne One Direction czy jak to tam. Muszę być posłuszna. Żeby tylko oni byli bezpieczni. Muszę być silna. Dla nich wszystkich. Mam nadzieję, że nie zgłoszą mojego zaginięcia policji i nie ogłoszą w prasie. Wtedy jako tajna agentka będę zrujnowana. Nie będę miała życia. Bo agencja jest moim życiem. Muszę pomyśleć jak się z tond wydostać. No i co z Charles'em? On już długo nie pociągnie. Z czego mi wiadomo to Michael go zgwałcił. To okropne bo Charles jest heteroseksualny. Boję się o niego. Ehhh... Kocham go. Myślałam, że potrafię żyć bez uczuć, ale to nie jest możliwe. To straszne, że musiałam zostać uwięziona żeby to zrozumieć. Nagle drzwi się gwałtownie otworzyły i do środka weszły trzy osoby; Michael, Kacper i jakiś obcy facet.
-No, dziwko oto twój dzisiejszy klient. Kacper! Zwiąż ją. Mocno. Ja nie będę jej dotykał. Brzydzę się. Za to twój ukochany będzie mnie dzisiaj zabawiał. Nie martw się, na razie jeszcze żyje.

Ciskałam w niego piorunami. Moje oczy musiały być teraz czarne, jak zawsze gdy byłam zdenerwowana.
-Musisz się okropnie czuć nie mogąc nic zrobić. Niezwyciężona została pokonana. Ciekawe co by powiedzieli twoi znajomi gdyby Cię teraz zobaczyli. Ile osób zostało w bazie? Z pewnością niewiele. Kilka osób wziąłem pod swoje skrzydła. Niektórzy wykorzystali tą szansę inni niestety nie. Wspaniale było widzieć ten strach w ich oczach. A wracając do Ciebie jeszcze trochę tu popracujesz. Może odkupisz winy swoje i innych. Może wtedy Cię wypuszczę. A może nie.-powiedział i splunął mi w twarz.-Ma pan godzinę.-te słowa skierował to faceta stojącego obok. Wyszedł razem z Kacprem, a mężczyzna podszedł do mnie, uderzył w twarz, wsadził coś do ust i kazał połknąć.
-Tabletka gwałtu-pomyślałam i zasnęłam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz