*Harry*
Dzisiaj przyjechaliśmy do Polski. Jutro wieczorem gramy tu koncert. Narazie zwiedzamy Wrocław. Miasto w którym gramy aż pięć koncertów. Ładnie tu. Poszliśmy zobaczyć miejsce jutrzejszego występu. Zajezdnia. Dosyć duża, rozkładana scena, dobrze oświetlona. Jedno nas martwiło. W okół było pełno budynków mieszkalnych i park.
-Miejsce w którym się znajdujemy jest już naszykowana na wasz jutrzejszy koncert. Były tu grane koncerty heavy-metalowe (nie wiem czy dobrze napisane ale mniejsza z tym :P) i ogólnie muzyki ciężkiej.- powiedział ze znudzeniem w głosie nasz menager Paul.-Nie było żadnych doniesień na policję.
-Harruś, co ty taki zamyślony?-spytał mnie mój przyjaciel Louis.-Trzeba się cieszyć. Zapomnij o niej. Tu, w Polsce są najpiękniejsze dziewczyny. Tu nie ma brzydkich.
-Wiem i zamierzam to wykorzystać. Jednak ciągle mam wątpliwości czy znajdę dziewczynę która jest ze mną bo mnie kocha, a nie bo jestem sławny Harry Styles nadziany kasą.-odpowiedziałem.
-Myślę, że znajdziesz tylko musisz poczekać-powiedział pasiasty.
Szliśmy w stronę hotelu. Był na tyle blisko, że postanowiliśmy iść na pieszo, przez park. Słońce powoli zaczynało zbliżać się ku horyzontowi. Było tak cicho, że słyszeliśmy nasza oddechy. Nagle usłyszeliśmy trzask łamanej gałęzi i tuż przed naszymi stopami wylądował sporej wielkości konar.
-Ktoś tu jest?-krzyknął Liam
Cisza. Louis podszedł do "narzędzia zbrodni" czyli, gałęzi buku pod którym staliśmy.(buk)
-Nie jest ani odcięte, ani spróchniałe. Jest złamane. Ktoś musiał na tym usiąść lub stanąć. Ten ktoś nadal musi być na drzewie.-po tych słowach wszyscy popatrzyliśmy w stronę czubka drzewa.-Któryś z nas powinien tam wejść i to sprawdzić.
-Czemu wszyscy patrzą się na mnie?-spytałem
-Jesteś najmłodszy i najlżejszy. Jako jedyny umiesz wchodzić na takie drzewa.-powiedział Zayn wskazując na buk.
-No dobra.-powiedziałem po czym zdjąłem koszulkę i rzuciłem ją któremuś z chłopaków. Obszedłem pień dookoła szukając jakiejś dziury w gałęziach przez którą mógłbym się przecisnąć. Znalazłem jedną która wydawała się podejrzanie duża, ale nie narzekałem. Wszedłem w gęstą koronę i to co zobaczyłem, przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Zauważyłem drabinkę zwiniętą w koncie. Rzuciłem ją chłopakom. Sam zacząłem się trochę rozglądać po "domku". Mieszkanko było wysokie na około dwadzieścia metrów. Były tu wąskie schodki prowadzące na wyższe piętra. Na samym dole był wieszak na kurtki, stojak na buty i dywan. Zdjąłem buty i boso wszedłem po schodach. Wyżej zobaczyłem małą ptaszarnię, basen, łazienkę, kuchnię, 10 sypialni po dwa łóżka w każdej. Kilka pomieszczeń było zamkniętych.
-WOW!- tylko tyle byli w stanie wydusić chłopcy po wejściu tutaj.
-Chodźcie do góry tu jest jeszcze lepiej.-krzyknąłem do nich. To było dziwne. Coś jakby hotel, nie zamknięty na jakikolwiek zamek i na dodatek pusty. Ani jednej żywej duszy w środku. Obeszliśmy cały dom i nie znaleźliśmy żadnego człowieka. Było jednak widać, że ktoś tu mieszka po jedzeniu w kuchni, kosmetykach w łazience i zaścielonym łóżku w jednej z sypialń. Postanowiłem z chłopakami, że dzisiaj pójdziemy już do hotelu, ale byliśmy pewni, że jeszcze tu wrócimy.
*kilka dni później*
W Polsce znalazłem bardzo fajną kafejkę. Lubię do niej chodzić. Jest blisko naszego hotelu, lecz zawsze gdy tam idę na pobliskim wale ktoś stoi. Gdy tylko mnie zauważy, ucieka. Siadam wtedy przy stoliku pod oknem i zastanawiam się " Co tu jest grane?". Ta sprawa nie dawała mi spokoju więc powiedziałem o tym chłopakom. Razem postanowiliśmy, że kilka minut przede mną pod wał pójdą chłopcy i ustawią się w kilku miejscach wzdłuż górki. Mieli złapać NN (bo tak nazwaliśmy ktosia) gdy będzie zbiegać i wszystko poszłoby zgodnie z planem gdyby nie jeden mały szczegół. Nie wzięliśmy pod uwagę tego, że NN może być aż tak wysportowany. Nasz Ktoś przeskoczył nad chłopakami i mało się nie zabił gdyż wylądował na czubku głowy. Jakie było nasze zdziwienie gdy postać zrobiła przewrót do przodu i uciekła przed siebie, z taką prędkością, że nie zdołalibyśmy jej w żaden sposób dogonić. Postanowiliśmy udać się do parku i wejść na drzewo-dom. Rozejrzeliśmy się czy nikt nie idzie i weszliśmy na nie. Tym razem usłyszałem, że ktoś jest w kuchni. Pokazałem chłopakom, żeby byli cicho i na palcach podszedłem do otwartych drzwi kuchennych. Moi przyjaciele szli za mną. W kuchni stała postać która kilka minut temu nam uciekła. Miała na sobie czarne spodnie i za dużą bluzę z kapturem założonym na głowę, sięgającą do połowy uda. Czyli nasz NN był chłopakiem. Bez głębszego zastanowienia, rzuciłem się na ktosia. Byłem wyższy i bardziej umięśniony. Człowieczek nie miał ze mną szans. Po pięciu minutach walki, razem z chłopakami zanosiliśmy NN do jedynej pościelonej sypialni. Musieliśmy trzymać tego osobnika bo był silniejszy niż myślałem. Przez niego Liam musiał zostać z cierpiącym Niall'em w kuchni przez to, że nasz Irlandczyk został kopnięty w przyrodzenie. Natomiast ja, Louis i Zayn, który dzięki buteleczce gazu łzawiącego powstrzymał przeciwnika, obezwładniliśmy NN w jego własnej sypialni. Zdjęliśmy mu kaptur i...
---------------------
Co będzie dalej?
Kim okaże się NN?
Co będzie miał wspólnego z chłopakami?
Tego dowiecie się w następnym rozdziale.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz