sobota, 20 września 2014

Dodatek pierwszy, czyli chrzciny.

Olivia pomagała mi ubrać dziewczynki. Była matką chrzestną jednej z moich córek. Miała już ponad szesnaście lat. Wyrosła na piękną i mądrą kobietę. Dokładnie rok temu ostatni raz widziałem One Direction. Nie kontaktowaliśmy się zbyt często. Nie dostałem nawet potwierdzenia czy będą na chrzcinach. Musiałem poprosić jednego z chłopców by zgodził się być w razie wypadku chrzestnym. Zostałem przyjęty na posadę nauczyciela dzieci. Na razie szło mi bardzo dobrze.
Ever i Another rosły jak na drożdżach. Już zaczynały chodzić. Nie mogłem ich upilnować. Gdy tylko nie patrzyłem od razu coś zbroiły. I nigdy nie wiedziałem, która to. Ciągle były do siebie podobne.
O godzinie jedenastej zadzwonił dzwonek do drzwi. Nie miałem pojęcia kto to. Gdy zobaczyłem One Direction oczy mało nie wyszły mi z orbit. Wyglądali o wiele doroślej niż kiedy ich ostatnio widziałem.
-Charles.-powitał mnie Harry.
-Harry.-odpowiedziałem mu po czym wpadliśmy sobie w ramiona.
Do przedpokoju weszła Olivia z dziewczynkami na rękach. Harry puścił mnie i spytał nastolatki.
-Która z nich to Ever?
Olivia nie odzywając się podała mu chrześnicę.
-Jest taka śliczna.-powiedział i połaskotał małą po brzuchu. Moje dziecko zaczęło się śmiać.- Są do siebie bardzo podobne.-stwierdził mężczyzna przyglądając się bliźniaczkom.
-Tak. Nawet ja mam problem żeby je rozróżnić. Tylko Oli daje radę.
Chwilę rozmawiałem z chłopakami. Wykorzystali kilka moich piosenek, rozkręcili karierę. Żyli pełnią życia. Poszliśmy do kościoła. Chrzestnymi Ever był Harry i Diana- moja wspólniczka, a drugimi rodzicami Another została Olivia i Anthony. Wiedziałem, że mogę im powierzyć moje skarby. Po ceremonii jeszcze kilkanaście godzin rozmawiałem z One Direction. Chłopcy pokochali bliźniaczki. Niestety musieli wyjechać następnego dnia rano. I nie miałem z nimi kontaktu przez kolejne piętnaście lat.

piątek, 27 czerwca 2014

Kolejna część.

Hej! Wiem, że właśnie dodałam epilog(miałam mega wenę, choć nie wiem co z tego wyszło), ale chyba nie myślicie, że tak to się kończy? Oczywiście, że ta historia ma dalszy ciąg. Jest tylko pytanie czy chcecie go czytać? Wiem, że rzadko cokolwiek dodaję, ale staram się jak mogę. Miałam strasznie dużo nauki. Teraz są wakacje więc jeśli tylko chcecie mogę napisać drugą część. Wiem, że Sal nie żyje i tak dalej i szczerze wam powiem, że na początku nie miałam zamiaru jej zabijać, ale tak wyszło. Jednak żyją jej dwa małe klony. Ever i Another. No i jest Charles, Olivia, Anthony i całe One Direction. Oni też przecież żyją. Więc jak chcecie kolejną część? Od razu mówię, że będzie ona działała na innych zasadach. W pierwszej części nie wymagałam komentarzy, ale teraz chyba zacznę bo zaczęłam w siebie wątpić. Jeśli chcesz next to skomentuj ten post.

Epilog, czyli koniec.

Dzisiaj pogrzeb Sally. Ever i Another są już w domu. Dzieci bardzo dobrze się nimi zajmują. Uczą się w ten sposób odpowiedzialności. Zapisałem ich do pobliskiej szkoły i od września zaczną naukę. Gdy oni będą w szkole, ja będę zajmował się moimi dziećmi. Wszyscy byliśmy ubrani na czarno. Staliśmy właśnie na cmentarzu. Olivia pchała wózek. Jako chyba jedyna potrafiła rozróżnić, która z bliźniaczek jest która. Nawet ja miałem z tym kłopoty. Musiałem się wiele nauczyć, ale Olivia mi pomagała. Często robiła za opiekunkę. Znała się na tym.
Ksiądz prawił jakieś naprawdę nudne kazanie. Gdy skończył do JEJ grobu wrzuciłem krwisto czerwoną różę i garść ziemi. Zacząłem płakać dopiero gdy grabarze zasypali jej trumnę. Padłem na kolana. Harry i Louis mnie podnieśli i zaprowadzili do auta. Gdy ochłonąłem i gdy wszyscy wrócili z cmentarza pojechaliśmy na stypę. Nic ciekawego, oprócz tego, że zrobiłem z siebie ogromnego idiotę. Rozpłakałem się przed wszystkimi, a potem upiłem. Obudziłem się następnego dnia nie pamiętając nic. Kompletna pustka.
-Spiłeś się. -usłyszałem głos Nialla
-Na to wygląda. A co z dziewczynkami?
-Nie martw się. Olivia się nimi zajęła. Jak się czujesz-spytał po chwili niezręcznej ciszy
-Pusty. -powiedziałem krótko.- Jak dziurawy dzbanek, jak pegaz bez skrzydeł, jak narkoman na odwyku...-zacząłem się nakręcać gdy chłopak mi przerwał
-Dobra, ogarnąłem. Czujesz się samotny.-zamilkł.
Przez chwilę siedzieliśmy cicho.
-Podziwiam cię.-powiedział nagle
-Za co?
-Jesteś odważny. Jesteś silny. Gdyby umarła miłość mojego życia, zabiłbym się z tęsknoty. Nie patrzyłbym na to, że mam dzieci do wychowania. A ty dajesz radę. Jesteś moim bohaterem Charles. Szkoda, że niedługo i my będziemy musieli cię opuścić. Ale obiecuję ci, że cię odwiedzimy. W końcu Harry jest chrzestnym Ever.
-Dziękuję- powiedziałem i go przytuliłem.
Potem zostawił mnie samego. Poszedłem do jej pokoju. Usiadłem na jej ulubionym oknie i patrzyłem w dół na ulicę pełną samochodów i ludzi pędzących donikąd. Już jutro wyjeżdża One Direction. Muszę im coś dać. Tylko co? Rozejrzałem się po Jej pokoju i mój wzrok spoczął na Jej czarnym zeszycie. Ja miałem identyczny. I już wiedziałem co dam chłopcom.
Następnego dnia, gdy moi przyjaciele szykowali się do wyjazdu poprosiłem ich do salonu. Kiedy wszyscy już byli na miejscu zacząłem mówić.
-Dzisiaj już wyjeżdżacie. Będzie mi was cholernie brakować. Szczególnie teraz. Mam nadzieję, że kiedyś jeszcze się spotkamy. Mam nadzieję, że nie będziecie mieli takiego pecha w życiu jak ja. Szukajcie swoich dróg, róbcie karierę, a nami się nie przejmujcie. Poradzimy sobie sami. Tak na koniec chciałbym wam coś dać. Coś co miała dać wam Sal gdybym umarł, w trakcie porwania. Nigdy do tego nie doszło bo Sal oszalało, ja przeżyłem i cała reszta. Więc daję wam to teraz. Mój czarny zeszyt. Każdy taki dostawał. Sally wciąż leży w jej pokoju. Zapisywaliśmy tam to co chcieliśmy. To była nasza jedyna prywatna rzecz. Nikt inny nie mógł tam zajrzeć. Teraz chciałbym wam go dać. -podałem zeszyt Liam'owi.
-Co tam jest?-spytał Zayn
Liam otworzył zeszyt z którego powypadały kartki i wszyscy krzyknęli ze zdziwienia.
-Nuty, teksty? Piszesz piosenki i my nic o tym nie wiemy?
-Tak jakoś wyszło.-podałem im jeszcze jedną kartkę- To najnowsze co napisałem.
Po tych słowach poszedłem do swojego pokoju. Przebrałem się zapakowałem córeczki do wózka i poszedłem na cmentarz. Musiałem porozmawiać z Sally. Miała tylko dwadzieścia lat. Po godzinie wróciłem do domu. Nikogo nie było w środku. Na stole leżały dwie koperty. Jedna podpisana od One Direction, a druga od szefa. Otworzyłem najpierw tą od One Direction.
Drogi Charlesie!
Przepraszamy, ze tak bez pożegnania, ale wyszedłeś, a nie chcieliśmy ci przeszkadzać. Jesteś dla nas jak brat. Dziękujemy ci. Musisz być silny dla swoich córek. Nie pozwól nikomu sobą pomiatać. Pamiętaj, że zawsze będziemy. Możesz dzwonić kiedy zechcesz. Przy nas możesz być sobą. Dziękujemy ci za piosenki. Na pewno je wykorzystamy. Są świetne. Szkoda, że nie mogliśmy usłyszeć ich w twoim wykonaniu. Przyjedziemy cię odwiedzić za około pół roku. To będą akurat święta. Co ty na to? Odpisz nam na mejla. Jeśli będziesz miał jakąś misję to pisz. Z chęcią ją wykonamy. Jeszcze raz dziękujemy. 
One Direction xoxo
Drugi list najpierw przez kilka godzin trzymałem w rękach lub po prostu przyglądałem mu się. Nie chciałem go otwierać. Doskonale wiedziałem co się w nim znajduje. Nakarmiłem dziewczynki i położyłem spać. Umyłem się, wziąłem list i poszedłem do Jej pokoju. Rozdarłem kopertę szybkim ruchem. Wyjąłem list i zacząłem czytać.
Szanowny Panie!
Mamy zaszczyt poinformować pana, że niestety ze względów braku odpowiedniego wykształcenia nie może Pan sprawować opieki nad zamieszkałymi tu dziećmi. Musieliśmy je zabrać do bazy głównej. W najbliższym czasie mamy zamiar zatrudnić nowego opiekuna. Jeśli jest Pan chętny na to stanowisko może Pan oczywiście kandydować. Zapewnimy Panu odpowiednie wykształcenie i wszystko co potrzebne jest do sprawowania tego stanowiska.
Z poważaniem
Główny dyrektor CIA
Wojciech Wrona
Zabrali mi wszystko. Teraz mam tylko córki, ale będę silny. Tak jak Ona w najgorszych momentach. Zrobię to dla Niej. Odzyskam dzieci choćbym miał to zrobić siłą. Popatrzyłem przez okno. Po szybie spłynęła moja łza, a Another zaczęła płakać.

Rozdział dwudziesty trzeci, czyli Ever & Another.

*3,5 miesiąca później. Sally.*
Właśnie uczyłam Hazzę jak rozbroić bardzo skomplikowany zamek gdy się zaczęło.
-Harry. To już - powiedziałam.
-Co mówiłaś?-spytał, odrywając się od pracy.
-Rodzę! -krzyknęłam i wtedy do sali wpadł Charles. Wziął mnie na ręce i zaniósł do auta. Ruszyliśmy do szpitala. Szybko dotarliśmy na miejsce.
*Charles*
Kazano mi zostać w poczekalni. Chodziłem od ściany do ściany. Niedługo później do holu wbiegło całe One Direction.
-I co z nią?- spytał Harry.
-Jeszcze nic nie wiem.
Wtedy do pomieszczenia weszła pielęgniarka. Miała dziwną minę. Zacząłem się martwić.
-Który z panów jest ojcem?-spytała poważnie
-Ja. -podniosłem rękę
-Został pan ojcem dwóch zdrowych dziewczynek.
-Dwóch?!
-Bliźniaki.-powiedziała kobieta
-A co z nią? Co z Sally?
-Tu niestety nie ma dobrych informacji...
-Nie, nie, nie... - zacząłem powtarzać w kółko
-Pańska narzeczona nie żyje. Jej serce nie wytrzymało. Nie udało nam się jej uratować.
Padłem na kolana. Płakałem już dawno. Sally, Sally moja kochana.
-NIE!
Moją rozpacz słyszało chyba pół szpitala. Widziałem, że chłopcy też płaczą. Podszedł do mnie Zayn.
-Musisz byś silny.
-Nie, nie, nie...
-Masz dwie córki. Musisz im powiedzieć o tym jak cudowna była ich matka. Bądź silny dla nich. Będą cię potrzebowały. Chłopcy już zawiadomili wszystkich. Źle to przyjęli. Im też jesteś potrzebny.
Wstałem z podłogi i przytuliłem się do Zayna.
-Mogę iść ją zobaczyć?-spytałem pielęgniarkę.
-Tak, proszę za mną.
Kobieta zaprowadziła mnie do sali w której leżała ona. Miłość mojego życia. Matka dzieci, które tak właściwie są sierotami. Nie jestem ich biologicznym ojcem. Będę je kochał jak własne i dobrze wychowam.
-Oh, ukochana. Czemu mi to robisz?-rozpaczałem.-Kochałem cię, kocham i zawsze kochać będę.
Pocałowałem Sally po raz ostatni i wyszedłem z sali. Pielęgniarka zaprowadziła mnie do córek.
-Jakie imiona pan dla nich wybierze?
-Ever i Another.
-Nietypowe imiona.
-Nie pochodzę z Polski.
-Oh. Mogę pana poprosić o podpis?
-Tak.-podpisałem nie patrząc na kobietę. Przyglądałem się moim córkom. Były cudowne. Malutkie, ale śliczne. Takie delikatne. Moje małe aniołki. Zajmę się wami. Gdy wreszcie napatrzyłem się na córki wróciłem do 1D. Cały czas płakali więc ja też zacząłem. Nie to żebym nie rozpaczał. W środku rozrywało mnie na strzępy, ale przez wiele lat nie okazywałem uczuć, a po za tym w bazie ciągle ktoś umierał. Podszedłem do Harr'ego i spytałem:
-Zostaniesz ojcem chrzestnym Ever?
Zrobiłem to bo wiedziałem, że kochał Sal.
-Tak. Zostanę.
Wróciliśmy do bazy. Zapłakana Olivia od razu wpadła mi w ramiona. Długo płakaliśmy. Nigdy nie widziałem tak zrozpaczonych ludzi jak oni. To miał być koniec tego o co do tej pory walczyliśmy.
Tak mamy skończyć? Nie mogę zostawić tych dzieci na pastwę losu. Zajmę się nimi tak jak swoimi własnymi. Zostaniemy tutaj, we Wrocławiu. Zapiszę dzieci do najbliższej szkoły. Pozwolę im normalnie żyć. Tak to będzie najlepsze rozwiązanie.

piątek, 28 lutego 2014

Hej! Ktosiu który to właśnie czytasz. Tak, do Ciebie mówię.

Hej wszystkim. Więc tak to jest chyba pierwsza taka notka na tym blogu.  Chciałam tylko powiedzieć, że jeśli już czytasz rozdział to skomentuj go. Nie chcę być jak inni i zmuszać was do tego pod groźbą, że nie dodam nowego rozdziału. Nie jestem taka. Chcę tylko powiedzieć, że byłoby mi miło gdybym wiedziała, że ktoś to czyta. No i jeśli macie jakieś pytania to piszcie w kom. Zawsze je czytam :)

czwartek, 20 lutego 2014

Rozdział dwudziesty drugi, czyli pierścionek na lotnisku.

- Strzaskane jaja, zniszczone gniazda.
Dziewczyna trzepnęła głową i spytała:
-Czemu mnie trzymacie?

*miesiąc później*
*Charles*
Sally wróciła. Przejęła prowadzenie razem ze mną. Dzisiaj ma przyjechać do nas One Direction na dalsze szkolenie. Potrzebujemy ich. Ostatnio dołączyło do nas kilkoro dzieci. Trzech chłopców w wieku 15 lat i osiem dziewczyn w wieku od 7 do 14 lat. Teraz w bazie jest nas czterdzieści osób. Powiększyliśmy bazę we Wrocławiu i teraz mieszkamy tam wszyscy. Są pokoje jedno i dwu osobowe. Chłopcy z 1D mają swoją własną bazę oddaloną o niecałe 500 metrów od naszej. Dzięki temu będziemy mieli ich pod kontrolą, a oni będą mieli własny kąt. Wszystko byłoby cudownie gdyby nie ciąża mojej ukochanej. Ach, właśnie zapomniałem powiedzieć. Jesteśmy oficjalnie zaręczeni. Ja i Sally. Kupiłem jej pierścionek z topazem. Wiem, że uwielbia niebieski. Postanowiłem wychować dziecko mimo, że nie jest moje. Wszyscy wspieramy Sal w tym trudnym momencie. Gdy przyjedzie One Direction Sally będzie uczyła ich rozbrajania zamków i zabezpieczeń, łamania kodów i różnych tego typu. Normalnie uczyłaby ich samoobrony, ataku lub robiła z nimi ćwiczenia ogólno-usprawniające, ale cóż. To już dwudziesty drugi tydzień. Jeszcze tylko czternaście i będę ojcem. Zastanawialiśmy się ostatnio nad imieniem dla malucha. Jeśli będzie to chłopiec nazwiemy go Jeremi, a jeśli dziewczynka to Nathalie. Nie podobało nam się żadne polskie imię. Chociaż Natalia nie było złe, ale Sal powiedziała, że nie chce by imię jej córki kończyło się na a. Tak więc teraz czekamy na lotnisku, na prywatny samolot One Direction. Ma wylądować za dwie minuty.
-Charles, idę do łazienki.
-Dobrze, ale weź z sobą Olivię.
-Okej.-powiedziała i poszła z dziewczyną w stronę toalet.
Patrzyłem w stronę gdzie zniknęły w tłumie gdy usłyszałem, że dzieci krzyczą w euforii. Odwróciłem się i zobaczyłem piątkę chłopaków okrążoną przez maluchy.
-Charlie, a kto to jest?- spytała mnie swoim słodkim głosikiem malutka Maggie. Była wystraszona tak bardzo, że nie chciała puścić moich nóg.
-To są tacy panowie którzy nam często pomagają, ale jeszcze mało umieją. Przyjeżdżają do nas raz na jakiś czas i my ich wtedy uczymy. Są bardzo mili. Zobaczysz polubisz ich. I wiesz co?
-Co?
-Harry, to ten z takimi fajnymi lokami. Niall to ten w blond włosach. Ten z czarnymi włosami to Zayn. Szatyn z krótkimi włosami to Liam, a ten ostatni to Louis. Myślę, że Harry bardzo Cię polubi idź do niego.
-Dobrze, Charlie.
Już przywykłem do tego, że większość osób mówi do mnie Charlie, a nie Charles. Tak było łatwiej.
Po chwili podszedł do mnie Liam.
-Siema, stary.-powiedział
-Hej młody!-odpowiedialem po czym przytuliłem chłopaka i poklepałem go po plecach?
-Gdzie masz dziewczynę?-spytał.
Odkaszlnąłem.
-Chciałeś powiedzieć narzyczoną. W toalecie.
-Och... Gratulacje. Czemu nic nie mówiłeś?
-Sally nie chciała. Jej życzenie jest moim rozkazem. Kocham ją najbardziej na świecie.
-A jak tam dziecko? Wszystko z nim dobrze?
-Tak. Jest bardzo dobrze. Sal już chyba pogodziła się z tym że będzie matką. Dziecko rośnie jak na drożdżach, a to dopiero połowa piątego miesiąca. Poprosiliśmy lekarza, żeby nie zdradzał nam szczegółów.
-Charles! -Louis rzucił się na mnie.- Tyle czasu, brachu! Jak tam? Co u Sally? Gdzie ona jest? Miała tu być. Nie mów, że już urodziła.
-Spokojnie Lou. Sal jest w toalecie zaraz wróci. Liam opowie Ci resztę. Ja muszę ogarnąć dzieci bo Harry, Zayn i Niall zostali z tymi małpkami sami.-powiedziałem i poszedłem w stronę zbiegowiska.
Gdy większość dzieci zachowywała się już w miarę cywilizowanie, ja walczyłem z małą Maggie, która za nic nie chciała puścić Harr'ego.
-Wcześniej nawet nie chciała do ciebie podejść.-powiedziałem
-Maggie puść Hazzę. Daj mu odpocząć.- usłyszałem aksamitny głos mojej ukochanej.
-Dobrze Sally.-moja narzyczoną miała większy posłuch wśród dzieci niż ja
-SALLY!!!- krzyknęli chłopcy
-Ej, ale pojedyńczo.-ostrzegła dziewczyna- Muszę jeszcze pożyć.
Wszyscy chłopcy po kolei podeszli do niej się przywitać.
-No widzę, że Charlie miał rację mówiąc, że dziecko rośnie jak na drożdżach.-powiedział Liam.- Właśnie Sal pokaż swój pierścionek.
-Jaki poerścionek? Czy my o czymś nie wiemy, Liam?-spytał zdziwiony Harry.
-Och, myślałem że wiecie. Mogę im powiedzieć?-zwrócił się do nas
-Tak, jasne.
-Nie uwierzycie...
-No mów rzesz.-Loui zaczął się denerwować
-Sally i Charles są zaręczeni.
I zaczęły się gratulacje. Wszyscy po kolei nam gratulowali. Widziałem, że moja ukochana jest już zmęczona. Pokierowałem grupę do naszego autobusu. Wysadziłem 1D pod ich bazą.
-Za godzinę w naszej bazie.-powiedziałem na pożegnanie i pojechaliśmy do nas.

piątek, 14 lutego 2014

Rozdział dwudziesty pierwszy, czyli 65A02863BA9B1A14

Strzaskane jaja, zniszczone gniazda.
I pustka.
Pustka.
Pustka
Pustka
*Harry*
Trenowałem właśnie ataki gdy usłyszeliśmy krzyki Sally. Pobiegliśmy tam. Nurtowało mnie to czemu nie mówi ona nic więcej. Całą noc myślałem jak to jest. Skoro agenci mogą czytać w naszych myślach tylko dlatego, że mamy chip, a nie chronimy swoich myśli, to czemu nie mogą tego samego zrobić z nieświadomą Sally? Przecież ona już nie chroni swoich myśli.
-Anthony?
-Tak?
-Czy nie możecie wniknąć lub odczytać myśli Sal tak jak robicie to z naszymi?
-Próbowaliśmy. Coś jest nie tak z jej chipem, ale jeśli go wyjmiemy Sal nie będzie pamiętała nic, a tylko ona ma kod do systemu. A bez systemu nie będziemy mogli zdobyć chipu. Kuba już próbuje rozpracować zabezpieczenia, ale musi jeszcze z wami trenować. Chłopak nie sypia po nocach. Nie wiemy co mamy robić.- westchnął.
Dopiero teraz, tak naprawdę zdałem sobie sprawę jak bardzo oni są bezradni gdy jej nie ma.
-Mogę objąć nocną wartę przy niej?-spytałem.
-Jasne, wyręczysz Olivię. Kolejna która się poświęca dla dobra ogółu.
Wieczorem, zaraz po kolacji poszedłem do pokoju Sally. Na tacy niosłem kolacje dla Olivii.
-Przyniosłem Ci kolację. Zjedz i idź się połóż. Tej nocy ja ją popilnuję.-dziewczyna się wahała.-Oliwia, idź przy mnie nic jej się nie stanie.
Poszła. Wczułem się w otoczenie. Czułem Sally. Sięgnąłem ku niej.
-Sally to ja, Harry.
Nie zostawiaj mnie.
Tylko ty możesz rozwiązać zagadkę.

Nie ma wspomnień.
Strzaskane jaja, zniszczone gniazda.

Tył to przód, przód to tył.
Cyfry pierwsze, litery to pył.
System binarny to nie jest to.
Dwanaście, piętnaście a może sto?
-Sally o czym mówisz?
HaQ07ro3hs9m695Ghi34dIc2903yX61hYha
I nagle nic pustka.
-Sally! Już nie mogłem dostrzec jej umysłu. Żyła, widziałem to. Była nawet troszkę bardziej rumiana.
-Liam!- krzyknąłem w myślach
-Tak?
-Możesz przyjść do Sally. Chyba będę umiał jej pomóc. Tylko szybko, proszę!
-Dobra, zaraz będę.
Chwilę później biegłem do Kuby. Znalazłem go śpiącego w sali systemowej. Nie budziłem go. Niech śpi, dawno tego nie robił. Przypomniałem sobie co mówiła Sal.Ominąłem dwie pierwsze linijki.
Nie ma wspomnień.
Zapomniała o wszystkim. Nie pamięta nic jej chip jest zepsuty. To zrozumiałe.
Strzaskane jaja, zniszczone gniazda. 
Do tego nie mam żadnego pomysłu. Co to może oznaczać? Dobra zostawię to na później.
Tył to przód, przód to tył. 
No to oczywiste, że mam czytać od tyłu.
Cyfry pierwsze, litery to pył.
Czyli z tego co potem powiedziała mam wybrać tylko cyfry i przeczytać od tyłu.
HaQ07ro3hs9m695Ghi34dIc2903yX61hYha
Czyli wyszło 163092435969370
Sally mówi potem coś o systemie, ale nie binarny. Z czego wiem jest system dwunastkowy, ale nie ma piętnastkowego, ani setnego... czy jak on by się tam nazywał. Wziąłem kalkulator i obliczyłem liczbę 163092435969370 w systemie dwunastkowym. Wyszło mi 65A02863BA9B1A14. Wpisałem wreszcie to jako hasło systemowe i ... udało się. Rozgryzłem zabezpieczenia. Teraz będziemy mogli uratować Sally. Znalazłem przycisk którego mieliśmy używać tylko w nagłych sytuacjach. Ta była nagła. Nawet bardzo. Po chwili byli tu już wszyscy łącznie z Liam'em.
-Udało mi się!-krzyknąłem.- Otworzyłem system. Możemy uratować Sally, możemy naprawić jej chip.
-Kuba. Siadaj do komputera i zobacz co się zepsuło. Dzieci idźcie spać. Rano się dowiecie o co chodzi.
-Dobrze Charlie.
-Ugrh... Szkraby kiedy wy się nauczycie, że mam na imię Charles, nie Charlie. Dobra do łóżek.
-Charles. Mamy problem. Ten chip nie należy do Sally. Jej został zniszczony.
-Jak to?
-Michael domyśliłsię, że Sally może chcieć odzyskać swój chip i zmienił ustawienia w dwóch urządzeniach. Sally myślała, że ma swój chip, a miała niejakiego Damen'a Sykes. A wy zniszczyliście pozostałe w tym jej prawdziwy.
-To dlatego ona tak się zachowywała. To małe urządzenie ją niszczyło, a my na to patrzyliśmy i niczego nie podejrzewaliśmy.
Dobra. Zgraj to co masz na komputerze, a część weźmiemy z tego chipu i będziemy mieli wszystko co powinna pamiętać Sal. Wreszcie odzyskamy Sal.
-Ej, a ktoś jej w ogóle pilnuje?
-Olivia, tam poszła.
-Robimy to wszystko teraz czy rano?
-Lepiej teraz, żeby miała całą noc na przyzwyczajenie się do wszystkiego.
Pół godziny później było już po wszystkim.
-Sally, żyjesz?
Dziewczyna nie odpowiedziała. Patrzyła się na nas dzikim wzrokiem. Stanęła na czworakach. Miała taką pozę jakby miała zaraz się na nas rzucić. Zawarczała. Spięła mięśnie ud, jakby przygotowywała się do skoku. W zasadzie jakby nie było tu potrzebne.
-Chłopaki, kocham was. Jeśli to jest mój koniec pochowajcie moje zwłoki w Anglii. Powiedzcie całej mojej rodzinie, że ich kocham i w ogóle.-powiedział Louis który stał najbliżej Sally. Już miała skoczyć gdy się zawahała. Ta sekunda wystarczyła Charlesowi by ją zaatakować. Bili się przez dłuższą chwilę, jednak w pewnym momencie Char odsunął się od niej w pewnej siebie pozie. Jego ubranie było podarte.
-Co zrobiłeś?
-Ugryzłem ją w ucho. U wilków to znak, że jest się wyżej postawionym niż poszkodowany. Weźcie ją i zamknijcie w piwnicach.
-Czekajcie!-krzyknąłem do Kacpra i Kuby którzy już trzymali dziewczynę pod ramiona
-Co?
- Strzaskane jaja, zniszczone gniazda.
Dziewczyna trzepnęła głową i spytała:
-Czemu mnie trzymacie?

czwartek, 13 lutego 2014

Rozdział dwudziesty, czyli strzaskane jaja, zniszczone gniazda.

-No to co? Zaczynamy trening-spytał Harry
*Olivia*
Martwię się o Sal. Kocham ją. Zaopiekowała się mną gdy tego potrzebowałam. Poświęciła się żeby nam było lepiej. Jak to mówią nie potrzeba super mocy żeby być super bohaterem. Na dodatek ciąża. Ehh... Nie wiem jak ona sobie poradzi. Będzie musiała pokochać swoje dziecko. To będzie dla niej nie lada wyzwanie. Będzie jej ciężko, a my będziemy musieli jej pomagać. Trochę się tego boje, ale sprostać temu zadaniu. Pobiegłam do sali łuczniczej. Ja, Charles, Anthony, Kacper i Kuba trenowaliśmy osobiście z każdym członkiem One Direction. Ja uczyłam łucznictwa i posługiwania się bronią, Char obrony, Anthony ataku, Ka wszystkich rodzajów skoków a Kuba rozbrajania zabezpieczeń, zamków itp... Czyli wszystkiego co było im potrzebne. Dzisiaj miałam zajęcia z Louisem. Gdy chłopak mnie zobaczył oczy mało nie wyskoczyła mu z orbit.
-Ty będziesz mnie uczyć łucznictwa i wkładania bronią?
Nie odzywając się ani słowem, zdjęłam z pleców luk. W ciagu sześciu sekund wystrzeliłam sześć strzał. Po trzy z każdej ręki.
-Idź po tarczę.-powiedziałam.
Posłusznie poszedł, a gdy wrócił spytałam
-Masz jeszcze jakieś wątpliwości?
-Nie.-burknął zmieszany
Pierwsza strzała trafiła w sam środek tarczy. Tak jak każda kolejna. Pierwsza była rozłupana na pół przez drugą, druga przez trzecią i tak do sześciu. Zawsze trafiałam w to co chciałam. Nic nie mogło mnie rozproszyć. Potrafiłam się skupić bez względu na wszystko. Dlatego to ja tutaj uczyłam innych jak używa się broni. No to trening łucznictwa z Louisem czas zacząć.
*Charles*
Trening z Zaynem zacząłem od pokazania mu obrony gdy zarówno przeciwnik jak i my sami nie mamy broni.
-Zay. Posłuchaj mnie teraz uważnie. Nie mogę ci zdradzić kto będzie cię uczył łucznictwa i wkładania bronią, ale mogę cię ostrzec. Nie podważaj dumy tego człowieka. Może ten ktoś na takiego nie wygląda, ale jest świetny w tym co robi. Osoba która dzisiaj miała łucznictwo nie powie wam kto to. Zbyt mocno się boi. Nie wyciągajcie z niego kto to był. I tak wam nie powie.- powiedziałem i wróciłem do treningu.Zay. Posłuchaj mnie teraz uważnie. Nie mogę ci zdradzić kto będzie cię uczył łucznictwa i wkładania bronią, ale mogę cię ostrzec. Nie podważaj dumy tego człowieka. Może ten ktoś na takiego nie wygląda, ale jest świetny w tym co robi. Osoba która dzisiaj miała łucznictwo nie powie wam kto to. Zbyt mocno się boi. Nie wyciągajcie z niego kto to był. I tak wam nie powie.- powiedziałem i wróciłem do treningu.
Chłopak był zaskoczony, ale nie odezwał się ani słowem. Musiałem go ostrzec przed Olivią. To dziecko potrafi zrobić z bronią wszystko. Najbardziej lubi strzelać z łuku, ale inna bronią nie pogardzi. Jest przy tym tak szybka, zwinna, dostojna, że nikt nie potrafi jej się oprzeć. Tylko dzięki kilku sztuczką jest w stanie odpędzić od siebie większość płci przeciwnej. Z charakteru jest podobna do Sal, różni je tylko jedna rzecz. Olivia jest zbyt nieśmiała by być taka jak Sally, a Sally jest zbyt lekkomyślna by być taka jak Olivia. Są doskonałymi partnerkami. Dopełniają się.
*Zayn*
Gdy wróciłem do pokoju moja uwagę zwróciło dziwne zachowanie Louisa. Był podenerwowany, spięty i nie miał ochoty do żartów. Coś było nie tak. On nigdy się tak nie zachowuje.
-Ej, Lou co Ci jest?-gdy nie zareagował, potrząsnąłem nim.- Chłopie, żyjesz?
-Nie nic. To było... Wow. Nie wierzcie w pozory. Nic nie jest takie jak się wydaje.-powiedział i zamilkł. Bardzo szybko poszedł spać.
Gdy obudziłem się następnego dnia rano, byłem spóźniony na trening. Akurat dzisiaj miałem łucznictwo. Gdy wbiegłem do sali byłem nieźle zdziwiony. Przede mną stała mocno zdenerwowana Olivia. Wiedziałem, że mam być ostrożny, ale to przekraczało granice. Przecież ona ma 13 lat. Dobra powiedzmy, że 14. Co nie zmienia faktu, że jest młoda jak na nauczycielkę.
-Wybierz broń. Skoro nie wierzysz będziemy walczyć.
-Skąd wiesz, że nie wierzę.
-Musisz chronić swoje myśli przed chipem. Jeśli tego nie robisz, mogę w każdej chwili dowiedzieć się o czym myślisz. Wybierz broń, powtarzam. I tarczę także. Miałeś już obronę z Charlesem.
Podszedłem do ściany z bronią. Wziąłem półtora ręczny miecz. Do tego dużą i w miarę lekką tarczę. W razie potrzeby byłem w stanie się nią osłonić a nie krępowała ona moich ruchów.
-Umiesz się posługiwać mieczem?
-Poniekąd.
Zdziwiłem się gdy dziewczyna pokazała, że możemy zacząć. Nie miała tarczy. Na dodatek miała tylko łuk.
-Nie bój się strzały nie są ostre. Mogą ci co najwyżej nabić siniaka.
I zaczęła się walka. Walczyłem jak umiałem. Głównie się broniłem. Ale w pewnym momencie, gdy Olivia wyrzucała strzały z zabójczą prędkością, musiałem zakryć się taczą od góry. To był ogromny błąd. Dziewczyna podbiegła do mnie, odbiła się od mojej tarczy, zrobiła salto w tył obróciła się i wylądowała tuż za mną. Wystrzeliłam strzałę jeszcze nim zdążyłem się odwrócić.
-Trup. - powiedziała. -Gdzie uczyłeś się władać mieczem? Gdyby nie to, że miecz to moja druga ulubiona broń po łuku to już dawno leżałabym tu martwa w kałuży krwi.
-Mój dziadek mnie nauczył gdy byłem mały.
-Miło z jego strony, ale teraz muszę nauczyć cię jeszcze władanie inną bronią.-powiedziała i się uśmiechnęła.
*Sally*
Harry.
Nie zostawiaj mnie.
Tylko ty możesz rozwiązać zagadkę.
-HARRY!!!!!!!
Tylko tyle byłam w stanie powiedzieć.
Coś nie tak było z moim chipem.
-HARRY!!!!!!!
Tak blisko odkrycia moich korzeni, a zarazem tak daleko.
Związali mnie.
Jak mogli.
Charles mi śpiewał.
Wtedy czułam spokój.
Muszę być dla niego silna.
Kim jestem?
Jak długo żyję?
Nic nie wiem.
Nie potrafię walczyć.
Kiedyś umiałam wszystko.
Mam takie wrażenie.
Teraz nie wiem nic.
Nie jestem sobą.
Nie ma wspomnień.
Strzaskane jaja, zniszczone gniazda.
I pustka.
Pustka.
Pustka
Pustka