To zdarzyło się pewnego dnia gdy miałem 39 lat. Moje córki były już nastolatkami, a ja ciągle trenowałem dzieci w bazie. Olivia często się z nami kontaktowała. Wyszła za mąż za Anthon'ego. Raz w tygodniu szedłem z dziewczynkami na grób Sally. Ich matki, mojej niedoszłej żony. Nigdy nie opowiedziałem im jej historii. To za bardzo bolało. Nawet po tylu latach. Robiłem obiad dla bliźniaczek gdy zadzwonił dzwonek do drzwi. Było o wiele za wcześnie na Ever i Another, a rzadko kiedy przychodził tu ktoś obcy. Olivia miała swoje klucze, a nie spodziewałem się gości. Mieszkaliśmy w bazie001. Tej samej, którą przez tyle lat zajmowała Sal. Była ona tylko trochę przerobiona. Za drzwiami stało pięciu mężczyzn. Mogli być mniej więcej w moim wieku, może trochę młodsi. Skądś ich kojarzyłem, ale nie miałem bladego pojęcia skąd.
-Charles?
Na dodatek znają moje imię. To dziwne.
-Przepraszam, kim panowie są i skąd mnie znają?
Zaczęli się śmiać.
-Horan.
-Malik.
-Payne.
-Tomlinson.
-Styles.
I wtedy mnie oświeciło.
-Nie wierzę. To wy. Przyjechaliście na stare śmieci?
-W końcu mam tu chrześnicę. Muszę o nią zadbać.-roześmiał się Harry
Weszliśmy do środka. Wypiliśmy herbatę i poszliśmy na spacer. Gdy wróciliśmy moje córki już były w domu. Nie chciałem im przeszkadzać więc ich nie wołałem. Jak będą chciały to przyjdą. Rozmawialiśmy o tym co się działo przez te piętnaście lat. Dowiedziałem się, że nadal występują, ale już mniej niż kiedyś. Nie chcą jeszcze rezygnować z kariery. Była godzina siedemnasta gdy usłyszałem kroki na schodach. O tej porze to może być tylko Another.
-Wychodzę.-rzuciła nawet na mnie nie patrząc
-Pozwól tu młoda damo.-powiedziałem.-To zajmie tylko chwilę.
Zatrzymała się zaraz po wejściu do kuchni i przyglądała się gościom.
-Another to są przyjaciele waszej matki i moi. Poznaliśmy się ponad siedemnaście lat temu, ale przez długi czas się nie kontaktowaliśmy.
-A co mnie to obchodzi?-spytała
-Jeden z nich jest ojcem chrzestnym Ever.
-Tato, dobrze wiesz, że nie wierzę w te bzdety. Nie wrócę do kościoła za żadne skarby. Teraz pozwól, że wyjdę. Jestem umówiona z Dannym. - chciała wyjść, ale ją zatrzymałem.
-Z Dannym jesteś umówiona na dziewiętnastą. Zanim wyjdziesz proszę nakarmić zwierzęta i potrenować co najmniej pół godziny. No i miałaś pomóc siostrze. Znów dostała jedynkę.
Dziewczyna odwróciła się na pięcie i walnęła w ścianę robiąc w niej kolejną dziurę. Przymknąłem oczy. Dobrze radzę sobie z dziećmi. W domu i w pracy, jednak Another jest wyjątkiem. Nigdy nie chciała się mnie słuchać. Jeszcze chwilę słyszę tupot jej kroków, potem trzaśnięcie drzwiami. Odwracam się do chłopców z One Direction.
-Właśnie poznaliście Another, pierwszą z moich córek. Jak pewnie zauważyliście przechodzi okres buntu. Odziedziczyła po matce nadzwyczajną siłę, fizyczną i psychiczną. Jest raczej aspołeczna, na szczęście dobrze dogaduje się z siostrą. Często pomagają sobie nawzajem. W zasadzie Ever jest jedną z dwóch osób, których słucha. Drugą jest Danny. Dobry z niego chłopak.
-Czy Ever jest taka sama?
-Nie... Są do siebie podobne tylko z wyglądu. Mają zupełnie różne charaktery. Ever jest spokojna i delikatna.-wstałem z krzesła i zacząłem rozrabiać masę do załatania dziur.-Kocha zwierzęta i świetnie się z nimi dogaduje. Ma rzesze znajomych... O właśnie idzie na trening. Ever! Pozwól na chwilę. Muszę ci kogoś przedstawić.
-Już idę tatusiu!
Do pokoju weszła moja druga córka.
-Tato? Skąd znasz One Direction?
-Znasz nas?-spytał ją Zayn
-No jasne. Jesteście następcami The Beatles. Jesteście zespołem wszech czasów. Kocham wasze piosenki, szczególnie te z początków waszej kariery. Szczególnie I Want, Loved You First i You & I i...i...i... Story Of My Life, a Fireproof jest już w ogóle -cudna. No i nie wspomniałam o They Don't Know About Us czy Steal My Girl. A FOUR to już w ogóle fenomen. Szczególnie singiel Where Do Broken Hearts Go. To najpiękniejsze co w życiu słyszałam. Sami piszecie teksty piosenek?
-Nie powiedziałeś im?! -spytało mnie na raz całe One Direction
-No tak jakoś wyszło.
-O czym miałeś nam powiedzieć?
-Zawołaj Another. Czas byście dowiedziały się całej prawdy o waszej matce.
Pięć minut później całą ósemką siedzieliśmy w naszym salonie. Wiedziałem, że ta rozmowa będzie jedną z tych cięższych.
-Poznałem waszą matkę w bazie CIA. Oboje byliśmy tam agentami na oddziale dziecięcym. Opiekowałem się nią. Była tam pierwszą dziewczyną. Przez osiemnaście lat wszystko było dobrze, ale coś musiało się zepsuć. Tamtego dnia Sally dostała nowe zadanie. Miała chronić One Direction na ich koncertach w Polsce. Nienawidziła takich zajęć, ale zrobiła to. Przez kilka dni była dla chłopaków niewiadomą. Nie mieli o niej pojęcia. Dowiedzieli się o niej przez przypadek. Zaprzyjaźniła się z nimi. Ja przyjąłem misję przeciw pewnemu gangu, który porywał dzieci. Złapali mnie i powiedzieli Sally, że mnie zabili. Była tak zrozpaczona, że dała im się złapać. Przez kilka miesięcy była gwałcona, bita i poniżana. Później chcieli ją wciągnąć do gangu i prawie im się udało. Podczas wykonywania ostatniego zadania zabiła głównego szefa. Uciekła i znalazła mnie żywego. Uciekliśmy i wróciliśmy do bazy. Sally była w ciąży. Tak. Nie jestem waszym prawdziwym ojcem. Nie wiadomo kto nim jest. Wasza matka przez pewien czas była w szpitalu psychiatrycznym. Później udało nam się ją uzdrowić. I gdy wszystko było już dobrze zaczął się poród. Urodziłyście się wy, ale serce waszej matki nie wytrzymało. Umarła. Miała być moją żoną. Kochałem ją. Połowa piosenek One Direction została napisana przeze mnie. Są to piosenki o mojej miłości do niej. Ever. Harry jest twoim ojcem chrzestnym.
-Nie wierzę.-powiedziały na raz bliźniaczki i się rozbiegły. Another poszła do sali ćwiczeniowej z bronią, a Ever do zwierząt. Jak zawsze.
Westchnąłem.
-Harry pójdziesz porozmawiać z Ever? Myślę, że będzie chciała porozmawiać ze swoim wujkiem. Przez tyle lat nie miała o niczym pojęcia.
Chłopak skinął głową i zszedł do piwnicy. Zadzwoniłem po Ollivię, która była u nas dziesięć minut później i zajęła się gośćmi. Była zaskoczona ich obecnością. Poszedłem do Another. Z sali ćwiczeniowej od kilku minut dobiegał ciężki i bardzo głośny rock.
Gdy tylko otworzyłem drzwi tuż obok mnie przeleciała strzała z czarną lotką.
-Wyjdź!-krzyknęła moja córka.
Pokręciłem głową i wyłączyłem muzykę.
piątek, 20 listopada 2015
sobota, 20 września 2014
Dodatek pierwszy, czyli chrzciny.
Olivia pomagała mi ubrać dziewczynki. Była matką chrzestną jednej z moich córek. Miała już ponad szesnaście lat. Wyrosła na piękną i mądrą kobietę. Dokładnie rok temu ostatni raz widziałem One Direction. Nie kontaktowaliśmy się zbyt często. Nie dostałem nawet potwierdzenia czy będą na chrzcinach. Musiałem poprosić jednego z chłopców by zgodził się być w razie wypadku chrzestnym. Zostałem przyjęty na posadę nauczyciela dzieci. Na razie szło mi bardzo dobrze.
Ever i Another rosły jak na drożdżach. Już zaczynały chodzić. Nie mogłem ich upilnować. Gdy tylko nie patrzyłem od razu coś zbroiły. I nigdy nie wiedziałem, która to. Ciągle były do siebie podobne.
O godzinie jedenastej zadzwonił dzwonek do drzwi. Nie miałem pojęcia kto to. Gdy zobaczyłem One Direction oczy mało nie wyszły mi z orbit. Wyglądali o wiele doroślej niż kiedy ich ostatnio widziałem.
-Charles.-powitał mnie Harry.
-Harry.-odpowiedziałem mu po czym wpadliśmy sobie w ramiona.
Do przedpokoju weszła Olivia z dziewczynkami na rękach. Harry puścił mnie i spytał nastolatki.
-Która z nich to Ever?
Olivia nie odzywając się podała mu chrześnicę.
-Jest taka śliczna.-powiedział i połaskotał małą po brzuchu. Moje dziecko zaczęło się śmiać.- Są do siebie bardzo podobne.-stwierdził mężczyzna przyglądając się bliźniaczkom.
-Tak. Nawet ja mam problem żeby je rozróżnić. Tylko Oli daje radę.
Chwilę rozmawiałem z chłopakami. Wykorzystali kilka moich piosenek, rozkręcili karierę. Żyli pełnią życia. Poszliśmy do kościoła. Chrzestnymi Ever był Harry i Diana- moja wspólniczka, a drugimi rodzicami Another została Olivia i Anthony. Wiedziałem, że mogę im powierzyć moje skarby. Po ceremonii jeszcze kilkanaście godzin rozmawiałem z One Direction. Chłopcy pokochali bliźniaczki. Niestety musieli wyjechać następnego dnia rano. I nie miałem z nimi kontaktu przez kolejne piętnaście lat.
Ever i Another rosły jak na drożdżach. Już zaczynały chodzić. Nie mogłem ich upilnować. Gdy tylko nie patrzyłem od razu coś zbroiły. I nigdy nie wiedziałem, która to. Ciągle były do siebie podobne.
O godzinie jedenastej zadzwonił dzwonek do drzwi. Nie miałem pojęcia kto to. Gdy zobaczyłem One Direction oczy mało nie wyszły mi z orbit. Wyglądali o wiele doroślej niż kiedy ich ostatnio widziałem.
-Charles.-powitał mnie Harry.
-Harry.-odpowiedziałem mu po czym wpadliśmy sobie w ramiona.
Do przedpokoju weszła Olivia z dziewczynkami na rękach. Harry puścił mnie i spytał nastolatki.
-Która z nich to Ever?
Olivia nie odzywając się podała mu chrześnicę.
-Jest taka śliczna.-powiedział i połaskotał małą po brzuchu. Moje dziecko zaczęło się śmiać.- Są do siebie bardzo podobne.-stwierdził mężczyzna przyglądając się bliźniaczkom.
-Tak. Nawet ja mam problem żeby je rozróżnić. Tylko Oli daje radę.
Chwilę rozmawiałem z chłopakami. Wykorzystali kilka moich piosenek, rozkręcili karierę. Żyli pełnią życia. Poszliśmy do kościoła. Chrzestnymi Ever był Harry i Diana- moja wspólniczka, a drugimi rodzicami Another została Olivia i Anthony. Wiedziałem, że mogę im powierzyć moje skarby. Po ceremonii jeszcze kilkanaście godzin rozmawiałem z One Direction. Chłopcy pokochali bliźniaczki. Niestety musieli wyjechać następnego dnia rano. I nie miałem z nimi kontaktu przez kolejne piętnaście lat.
piątek, 27 czerwca 2014
Kolejna część.
Hej! Wiem, że właśnie dodałam epilog(miałam mega wenę, choć nie wiem co z tego wyszło), ale chyba nie myślicie, że tak to się kończy? Oczywiście, że ta historia ma dalszy ciąg. Jest tylko pytanie czy chcecie go czytać? Wiem, że rzadko cokolwiek dodaję, ale staram się jak mogę. Miałam strasznie dużo nauki. Teraz są wakacje więc jeśli tylko chcecie mogę napisać drugą część. Wiem, że Sal nie żyje i tak dalej i szczerze wam powiem, że na początku nie miałam zamiaru jej zabijać, ale tak wyszło. Jednak żyją jej dwa małe klony. Ever i Another. No i jest Charles, Olivia, Anthony i całe One Direction. Oni też przecież żyją. Więc jak chcecie kolejną część? Od razu mówię, że będzie ona działała na innych zasadach. W pierwszej części nie wymagałam komentarzy, ale teraz chyba zacznę bo zaczęłam w siebie wątpić. Jeśli chcesz next to skomentuj ten post.
Epilog, czyli koniec.
Dzisiaj pogrzeb Sally. Ever i Another są już w domu. Dzieci bardzo dobrze się nimi zajmują. Uczą się w ten sposób odpowiedzialności. Zapisałem ich do pobliskiej szkoły i od września zaczną naukę. Gdy oni będą w szkole, ja będę zajmował się moimi dziećmi. Wszyscy byliśmy ubrani na czarno. Staliśmy właśnie na cmentarzu. Olivia pchała wózek. Jako chyba jedyna potrafiła rozróżnić, która z bliźniaczek jest która. Nawet ja miałem z tym kłopoty. Musiałem się wiele nauczyć, ale Olivia mi pomagała. Często robiła za opiekunkę. Znała się na tym.
Ksiądz prawił jakieś naprawdę nudne kazanie. Gdy skończył do JEJ grobu wrzuciłem krwisto czerwoną różę i garść ziemi. Zacząłem płakać dopiero gdy grabarze zasypali jej trumnę. Padłem na kolana. Harry i Louis mnie podnieśli i zaprowadzili do auta. Gdy ochłonąłem i gdy wszyscy wrócili z cmentarza pojechaliśmy na stypę. Nic ciekawego, oprócz tego, że zrobiłem z siebie ogromnego idiotę. Rozpłakałem się przed wszystkimi, a potem upiłem. Obudziłem się następnego dnia nie pamiętając nic. Kompletna pustka.
-Spiłeś się. -usłyszałem głos Nialla
-Na to wygląda. A co z dziewczynkami?
-Nie martw się. Olivia się nimi zajęła. Jak się czujesz-spytał po chwili niezręcznej ciszy
-Pusty. -powiedziałem krótko.- Jak dziurawy dzbanek, jak pegaz bez skrzydeł, jak narkoman na odwyku...-zacząłem się nakręcać gdy chłopak mi przerwał
-Dobra, ogarnąłem. Czujesz się samotny.-zamilkł.
Przez chwilę siedzieliśmy cicho.
-Podziwiam cię.-powiedział nagle
-Za co?
-Jesteś odważny. Jesteś silny. Gdyby umarła miłość mojego życia, zabiłbym się z tęsknoty. Nie patrzyłbym na to, że mam dzieci do wychowania. A ty dajesz radę. Jesteś moim bohaterem Charles. Szkoda, że niedługo i my będziemy musieli cię opuścić. Ale obiecuję ci, że cię odwiedzimy. W końcu Harry jest chrzestnym Ever.
-Dziękuję- powiedziałem i go przytuliłem.
Potem zostawił mnie samego. Poszedłem do jej pokoju. Usiadłem na jej ulubionym oknie i patrzyłem w dół na ulicę pełną samochodów i ludzi pędzących donikąd. Już jutro wyjeżdża One Direction. Muszę im coś dać. Tylko co? Rozejrzałem się po Jej pokoju i mój wzrok spoczął na Jej czarnym zeszycie. Ja miałem identyczny. I już wiedziałem co dam chłopcom.
Następnego dnia, gdy moi przyjaciele szykowali się do wyjazdu poprosiłem ich do salonu. Kiedy wszyscy już byli na miejscu zacząłem mówić.
-Dzisiaj już wyjeżdżacie. Będzie mi was cholernie brakować. Szczególnie teraz. Mam nadzieję, że kiedyś jeszcze się spotkamy. Mam nadzieję, że nie będziecie mieli takiego pecha w życiu jak ja. Szukajcie swoich dróg, róbcie karierę, a nami się nie przejmujcie. Poradzimy sobie sami. Tak na koniec chciałbym wam coś dać. Coś co miała dać wam Sal gdybym umarł, w trakcie porwania. Nigdy do tego nie doszło bo Sal oszalało, ja przeżyłem i cała reszta. Więc daję wam to teraz. Mój czarny zeszyt. Każdy taki dostawał. Sally wciąż leży w jej pokoju. Zapisywaliśmy tam to co chcieliśmy. To była nasza jedyna prywatna rzecz. Nikt inny nie mógł tam zajrzeć. Teraz chciałbym wam go dać. -podałem zeszyt Liam'owi.
-Co tam jest?-spytał Zayn
Liam otworzył zeszyt z którego powypadały kartki i wszyscy krzyknęli ze zdziwienia.
-Nuty, teksty? Piszesz piosenki i my nic o tym nie wiemy?
-Tak jakoś wyszło.-podałem im jeszcze jedną kartkę- To najnowsze co napisałem.
Po tych słowach poszedłem do swojego pokoju. Przebrałem się zapakowałem córeczki do wózka i poszedłem na cmentarz. Musiałem porozmawiać z Sally. Miała tylko dwadzieścia lat. Po godzinie wróciłem do domu. Nikogo nie było w środku. Na stole leżały dwie koperty. Jedna podpisana od One Direction, a druga od szefa. Otworzyłem najpierw tą od One Direction.
Ksiądz prawił jakieś naprawdę nudne kazanie. Gdy skończył do JEJ grobu wrzuciłem krwisto czerwoną różę i garść ziemi. Zacząłem płakać dopiero gdy grabarze zasypali jej trumnę. Padłem na kolana. Harry i Louis mnie podnieśli i zaprowadzili do auta. Gdy ochłonąłem i gdy wszyscy wrócili z cmentarza pojechaliśmy na stypę. Nic ciekawego, oprócz tego, że zrobiłem z siebie ogromnego idiotę. Rozpłakałem się przed wszystkimi, a potem upiłem. Obudziłem się następnego dnia nie pamiętając nic. Kompletna pustka.
-Spiłeś się. -usłyszałem głos Nialla
-Na to wygląda. A co z dziewczynkami?
-Nie martw się. Olivia się nimi zajęła. Jak się czujesz-spytał po chwili niezręcznej ciszy
-Pusty. -powiedziałem krótko.- Jak dziurawy dzbanek, jak pegaz bez skrzydeł, jak narkoman na odwyku...-zacząłem się nakręcać gdy chłopak mi przerwał
-Dobra, ogarnąłem. Czujesz się samotny.-zamilkł.
Przez chwilę siedzieliśmy cicho.
-Podziwiam cię.-powiedział nagle
-Za co?
-Jesteś odważny. Jesteś silny. Gdyby umarła miłość mojego życia, zabiłbym się z tęsknoty. Nie patrzyłbym na to, że mam dzieci do wychowania. A ty dajesz radę. Jesteś moim bohaterem Charles. Szkoda, że niedługo i my będziemy musieli cię opuścić. Ale obiecuję ci, że cię odwiedzimy. W końcu Harry jest chrzestnym Ever.
-Dziękuję- powiedziałem i go przytuliłem.
Potem zostawił mnie samego. Poszedłem do jej pokoju. Usiadłem na jej ulubionym oknie i patrzyłem w dół na ulicę pełną samochodów i ludzi pędzących donikąd. Już jutro wyjeżdża One Direction. Muszę im coś dać. Tylko co? Rozejrzałem się po Jej pokoju i mój wzrok spoczął na Jej czarnym zeszycie. Ja miałem identyczny. I już wiedziałem co dam chłopcom.
Następnego dnia, gdy moi przyjaciele szykowali się do wyjazdu poprosiłem ich do salonu. Kiedy wszyscy już byli na miejscu zacząłem mówić.
-Dzisiaj już wyjeżdżacie. Będzie mi was cholernie brakować. Szczególnie teraz. Mam nadzieję, że kiedyś jeszcze się spotkamy. Mam nadzieję, że nie będziecie mieli takiego pecha w życiu jak ja. Szukajcie swoich dróg, róbcie karierę, a nami się nie przejmujcie. Poradzimy sobie sami. Tak na koniec chciałbym wam coś dać. Coś co miała dać wam Sal gdybym umarł, w trakcie porwania. Nigdy do tego nie doszło bo Sal oszalało, ja przeżyłem i cała reszta. Więc daję wam to teraz. Mój czarny zeszyt. Każdy taki dostawał. Sally wciąż leży w jej pokoju. Zapisywaliśmy tam to co chcieliśmy. To była nasza jedyna prywatna rzecz. Nikt inny nie mógł tam zajrzeć. Teraz chciałbym wam go dać. -podałem zeszyt Liam'owi.
-Co tam jest?-spytał Zayn
Liam otworzył zeszyt z którego powypadały kartki i wszyscy krzyknęli ze zdziwienia.
-Nuty, teksty? Piszesz piosenki i my nic o tym nie wiemy?
-Tak jakoś wyszło.-podałem im jeszcze jedną kartkę- To najnowsze co napisałem.
Po tych słowach poszedłem do swojego pokoju. Przebrałem się zapakowałem córeczki do wózka i poszedłem na cmentarz. Musiałem porozmawiać z Sally. Miała tylko dwadzieścia lat. Po godzinie wróciłem do domu. Nikogo nie było w środku. Na stole leżały dwie koperty. Jedna podpisana od One Direction, a druga od szefa. Otworzyłem najpierw tą od One Direction.
Drogi Charlesie!
Przepraszamy, ze tak bez pożegnania, ale wyszedłeś, a nie chcieliśmy ci przeszkadzać. Jesteś dla nas jak brat. Dziękujemy ci. Musisz być silny dla swoich córek. Nie pozwól nikomu sobą pomiatać. Pamiętaj, że zawsze będziemy. Możesz dzwonić kiedy zechcesz. Przy nas możesz być sobą. Dziękujemy ci za piosenki. Na pewno je wykorzystamy. Są świetne. Szkoda, że nie mogliśmy usłyszeć ich w twoim wykonaniu. Przyjedziemy cię odwiedzić za około pół roku. To będą akurat święta. Co ty na to? Odpisz nam na mejla. Jeśli będziesz miał jakąś misję to pisz. Z chęcią ją wykonamy. Jeszcze raz dziękujemy.
One Direction xoxo
Drugi list najpierw przez kilka godzin trzymałem w rękach lub po prostu przyglądałem mu się. Nie chciałem go otwierać. Doskonale wiedziałem co się w nim znajduje. Nakarmiłem dziewczynki i położyłem spać. Umyłem się, wziąłem list i poszedłem do Jej pokoju. Rozdarłem kopertę szybkim ruchem. Wyjąłem list i zacząłem czytać.
Szanowny Panie!
Mamy zaszczyt poinformować pana, że niestety ze względów braku odpowiedniego wykształcenia nie może Pan sprawować opieki nad zamieszkałymi tu dziećmi. Musieliśmy je zabrać do bazy głównej. W najbliższym czasie mamy zamiar zatrudnić nowego opiekuna. Jeśli jest Pan chętny na to stanowisko może Pan oczywiście kandydować. Zapewnimy Panu odpowiednie wykształcenie i wszystko co potrzebne jest do sprawowania tego stanowiska.
Z poważaniem
Główny dyrektor CIA
Wojciech Wrona
Zabrali mi wszystko. Teraz mam tylko córki, ale będę silny. Tak jak Ona w najgorszych momentach. Zrobię to dla Niej. Odzyskam dzieci choćbym miał to zrobić siłą. Popatrzyłem przez okno. Po szybie spłynęła moja łza, a Another zaczęła płakać.
Rozdział dwudziesty trzeci, czyli Ever & Another.
*3,5 miesiąca później. Sally.*
Właśnie uczyłam Hazzę jak rozbroić bardzo skomplikowany zamek gdy się zaczęło.
-Harry. To już - powiedziałam.
-Co mówiłaś?-spytał, odrywając się od pracy.
-Rodzę! -krzyknęłam i wtedy do sali wpadł Charles. Wziął mnie na ręce i zaniósł do auta. Ruszyliśmy do szpitala. Szybko dotarliśmy na miejsce.
*Charles*
Kazano mi zostać w poczekalni. Chodziłem od ściany do ściany. Niedługo później do holu wbiegło całe One Direction.
-I co z nią?- spytał Harry.
-Jeszcze nic nie wiem.
Wtedy do pomieszczenia weszła pielęgniarka. Miała dziwną minę. Zacząłem się martwić.
-Który z panów jest ojcem?-spytała poważnie
-Ja. -podniosłem rękę
-Został pan ojcem dwóch zdrowych dziewczynek.
-Dwóch?!
-Bliźniaki.-powiedziała kobieta
-A co z nią? Co z Sally?
-Tu niestety nie ma dobrych informacji...
-Nie, nie, nie... - zacząłem powtarzać w kółko
-Pańska narzeczona nie żyje. Jej serce nie wytrzymało. Nie udało nam się jej uratować.
Padłem na kolana. Płakałem już dawno. Sally, Sally moja kochana.
-NIE!
Moją rozpacz słyszało chyba pół szpitala. Widziałem, że chłopcy też płaczą. Podszedł do mnie Zayn.
-Musisz byś silny.
-Nie, nie, nie...
-Masz dwie córki. Musisz im powiedzieć o tym jak cudowna była ich matka. Bądź silny dla nich. Będą cię potrzebowały. Chłopcy już zawiadomili wszystkich. Źle to przyjęli. Im też jesteś potrzebny.
Wstałem z podłogi i przytuliłem się do Zayna.
-Mogę iść ją zobaczyć?-spytałem pielęgniarkę.
-Tak, proszę za mną.
Kobieta zaprowadziła mnie do sali w której leżała ona. Miłość mojego życia. Matka dzieci, które tak właściwie są sierotami. Nie jestem ich biologicznym ojcem. Będę je kochał jak własne i dobrze wychowam.
-Oh, ukochana. Czemu mi to robisz?-rozpaczałem.-Kochałem cię, kocham i zawsze kochać będę.
Pocałowałem Sally po raz ostatni i wyszedłem z sali. Pielęgniarka zaprowadziła mnie do córek.
-Jakie imiona pan dla nich wybierze?
-Ever i Another.
-Nietypowe imiona.
-Nie pochodzę z Polski.
-Oh. Mogę pana poprosić o podpis?
-Tak.-podpisałem nie patrząc na kobietę. Przyglądałem się moim córkom. Były cudowne. Malutkie, ale śliczne. Takie delikatne. Moje małe aniołki. Zajmę się wami. Gdy wreszcie napatrzyłem się na córki wróciłem do 1D. Cały czas płakali więc ja też zacząłem. Nie to żebym nie rozpaczał. W środku rozrywało mnie na strzępy, ale przez wiele lat nie okazywałem uczuć, a po za tym w bazie ciągle ktoś umierał. Podszedłem do Harr'ego i spytałem:
-Zostaniesz ojcem chrzestnym Ever?
Zrobiłem to bo wiedziałem, że kochał Sal.
-Tak. Zostanę.
Wróciliśmy do bazy. Zapłakana Olivia od razu wpadła mi w ramiona. Długo płakaliśmy. Nigdy nie widziałem tak zrozpaczonych ludzi jak oni. To miał być koniec tego o co do tej pory walczyliśmy.
Tak mamy skończyć? Nie mogę zostawić tych dzieci na pastwę losu. Zajmę się nimi tak jak swoimi własnymi. Zostaniemy tutaj, we Wrocławiu. Zapiszę dzieci do najbliższej szkoły. Pozwolę im normalnie żyć. Tak to będzie najlepsze rozwiązanie.
*Charles*
Kazano mi zostać w poczekalni. Chodziłem od ściany do ściany. Niedługo później do holu wbiegło całe One Direction.
-I co z nią?- spytał Harry.
-Jeszcze nic nie wiem.
Wtedy do pomieszczenia weszła pielęgniarka. Miała dziwną minę. Zacząłem się martwić.
-Który z panów jest ojcem?-spytała poważnie
-Ja. -podniosłem rękę
-Został pan ojcem dwóch zdrowych dziewczynek.
-Dwóch?!
-Bliźniaki.-powiedziała kobieta
-A co z nią? Co z Sally?
-Tu niestety nie ma dobrych informacji...
-Nie, nie, nie... - zacząłem powtarzać w kółko
-Pańska narzeczona nie żyje. Jej serce nie wytrzymało. Nie udało nam się jej uratować.
Padłem na kolana. Płakałem już dawno. Sally, Sally moja kochana.
-NIE!
Moją rozpacz słyszało chyba pół szpitala. Widziałem, że chłopcy też płaczą. Podszedł do mnie Zayn.
-Musisz byś silny.
-Nie, nie, nie...
-Masz dwie córki. Musisz im powiedzieć o tym jak cudowna była ich matka. Bądź silny dla nich. Będą cię potrzebowały. Chłopcy już zawiadomili wszystkich. Źle to przyjęli. Im też jesteś potrzebny.
Wstałem z podłogi i przytuliłem się do Zayna.
-Mogę iść ją zobaczyć?-spytałem pielęgniarkę.
-Tak, proszę za mną.
Kobieta zaprowadziła mnie do sali w której leżała ona. Miłość mojego życia. Matka dzieci, które tak właściwie są sierotami. Nie jestem ich biologicznym ojcem. Będę je kochał jak własne i dobrze wychowam.
-Oh, ukochana. Czemu mi to robisz?-rozpaczałem.-Kochałem cię, kocham i zawsze kochać będę.
Pocałowałem Sally po raz ostatni i wyszedłem z sali. Pielęgniarka zaprowadziła mnie do córek.
-Jakie imiona pan dla nich wybierze?
-Ever i Another.
-Nietypowe imiona.
-Nie pochodzę z Polski.
-Oh. Mogę pana poprosić o podpis?
-Tak.-podpisałem nie patrząc na kobietę. Przyglądałem się moim córkom. Były cudowne. Malutkie, ale śliczne. Takie delikatne. Moje małe aniołki. Zajmę się wami. Gdy wreszcie napatrzyłem się na córki wróciłem do 1D. Cały czas płakali więc ja też zacząłem. Nie to żebym nie rozpaczał. W środku rozrywało mnie na strzępy, ale przez wiele lat nie okazywałem uczuć, a po za tym w bazie ciągle ktoś umierał. Podszedłem do Harr'ego i spytałem:
-Zostaniesz ojcem chrzestnym Ever?
Zrobiłem to bo wiedziałem, że kochał Sal.
-Tak. Zostanę.
Wróciliśmy do bazy. Zapłakana Olivia od razu wpadła mi w ramiona. Długo płakaliśmy. Nigdy nie widziałem tak zrozpaczonych ludzi jak oni. To miał być koniec tego o co do tej pory walczyliśmy.
Tak mamy skończyć? Nie mogę zostawić tych dzieci na pastwę losu. Zajmę się nimi tak jak swoimi własnymi. Zostaniemy tutaj, we Wrocławiu. Zapiszę dzieci do najbliższej szkoły. Pozwolę im normalnie żyć. Tak to będzie najlepsze rozwiązanie.
piątek, 28 lutego 2014
Hej! Ktosiu który to właśnie czytasz. Tak, do Ciebie mówię.
Hej wszystkim. Więc tak to jest chyba pierwsza taka notka na tym blogu. Chciałam tylko powiedzieć, że jeśli już czytasz rozdział to skomentuj go. Nie chcę być jak inni i zmuszać was do tego pod groźbą, że nie dodam nowego rozdziału. Nie jestem taka. Chcę tylko powiedzieć, że byłoby mi miło gdybym wiedziała, że ktoś to czyta. No i jeśli macie jakieś pytania to piszcie w kom. Zawsze je czytam :)
czwartek, 20 lutego 2014
Rozdział dwudziesty drugi, czyli pierścionek na lotnisku.
- Strzaskane jaja, zniszczone gniazda.
Dziewczyna trzepnęła głową i spytała:
-Czemu mnie trzymacie?
*miesiąc później*
*Charles*
Sally wróciła. Przejęła prowadzenie razem ze mną. Dzisiaj ma przyjechać do nas One Direction na dalsze szkolenie. Potrzebujemy ich. Ostatnio dołączyło do nas kilkoro dzieci. Trzech chłopców w wieku 15 lat i osiem dziewczyn w wieku od 7 do 14 lat. Teraz w bazie jest nas czterdzieści osób. Powiększyliśmy bazę we Wrocławiu i teraz mieszkamy tam wszyscy. Są pokoje jedno i dwu osobowe. Chłopcy z 1D mają swoją własną bazę oddaloną o niecałe 500 metrów od naszej. Dzięki temu będziemy mieli ich pod kontrolą, a oni będą mieli własny kąt. Wszystko byłoby cudownie gdyby nie ciąża mojej ukochanej. Ach, właśnie zapomniałem powiedzieć. Jesteśmy oficjalnie zaręczeni. Ja i Sally. Kupiłem jej pierścionek z topazem. Wiem, że uwielbia niebieski. Postanowiłem wychować dziecko mimo, że nie jest moje. Wszyscy wspieramy Sal w tym trudnym momencie. Gdy przyjedzie One Direction Sally będzie uczyła ich rozbrajania zamków i zabezpieczeń, łamania kodów i różnych tego typu. Normalnie uczyłaby ich samoobrony, ataku lub robiła z nimi ćwiczenia ogólno-usprawniające, ale cóż. To już dwudziesty drugi tydzień. Jeszcze tylko czternaście i będę ojcem. Zastanawialiśmy się ostatnio nad imieniem dla malucha. Jeśli będzie to chłopiec nazwiemy go Jeremi, a jeśli dziewczynka to Nathalie. Nie podobało nam się żadne polskie imię. Chociaż Natalia nie było złe, ale Sal powiedziała, że nie chce by imię jej córki kończyło się na a. Tak więc teraz czekamy na lotnisku, na prywatny samolot One Direction. Ma wylądować za dwie minuty.
Dziewczyna trzepnęła głową i spytała:
-Czemu mnie trzymacie?
*miesiąc później*
*Charles*
Sally wróciła. Przejęła prowadzenie razem ze mną. Dzisiaj ma przyjechać do nas One Direction na dalsze szkolenie. Potrzebujemy ich. Ostatnio dołączyło do nas kilkoro dzieci. Trzech chłopców w wieku 15 lat i osiem dziewczyn w wieku od 7 do 14 lat. Teraz w bazie jest nas czterdzieści osób. Powiększyliśmy bazę we Wrocławiu i teraz mieszkamy tam wszyscy. Są pokoje jedno i dwu osobowe. Chłopcy z 1D mają swoją własną bazę oddaloną o niecałe 500 metrów od naszej. Dzięki temu będziemy mieli ich pod kontrolą, a oni będą mieli własny kąt. Wszystko byłoby cudownie gdyby nie ciąża mojej ukochanej. Ach, właśnie zapomniałem powiedzieć. Jesteśmy oficjalnie zaręczeni. Ja i Sally. Kupiłem jej pierścionek z topazem. Wiem, że uwielbia niebieski. Postanowiłem wychować dziecko mimo, że nie jest moje. Wszyscy wspieramy Sal w tym trudnym momencie. Gdy przyjedzie One Direction Sally będzie uczyła ich rozbrajania zamków i zabezpieczeń, łamania kodów i różnych tego typu. Normalnie uczyłaby ich samoobrony, ataku lub robiła z nimi ćwiczenia ogólno-usprawniające, ale cóż. To już dwudziesty drugi tydzień. Jeszcze tylko czternaście i będę ojcem. Zastanawialiśmy się ostatnio nad imieniem dla malucha. Jeśli będzie to chłopiec nazwiemy go Jeremi, a jeśli dziewczynka to Nathalie. Nie podobało nam się żadne polskie imię. Chociaż Natalia nie było złe, ale Sal powiedziała, że nie chce by imię jej córki kończyło się na a. Tak więc teraz czekamy na lotnisku, na prywatny samolot One Direction. Ma wylądować za dwie minuty.
-Charles, idę do łazienki.
-Dobrze, ale weź z sobą Olivię.
-Okej.-powiedziała i poszła z dziewczyną w stronę toalet.
Patrzyłem w stronę gdzie zniknęły w tłumie gdy usłyszałem, że dzieci krzyczą w euforii. Odwróciłem się i zobaczyłem piątkę chłopaków okrążoną przez maluchy.
-Charlie, a kto to jest?- spytała mnie swoim słodkim głosikiem malutka Maggie. Była wystraszona tak bardzo, że nie chciała puścić moich nóg.
-To są tacy panowie którzy nam często pomagają, ale jeszcze mało umieją. Przyjeżdżają do nas raz na jakiś czas i my ich wtedy uczymy. Są bardzo mili. Zobaczysz polubisz ich. I wiesz co?
-Co?
-Harry, to ten z takimi fajnymi lokami. Niall to ten w blond włosach. Ten z czarnymi włosami to Zayn. Szatyn z krótkimi włosami to Liam, a ten ostatni to Louis. Myślę, że Harry bardzo Cię polubi idź do niego.
-Dobrze, Charlie.
Już przywykłem do tego, że większość osób mówi do mnie Charlie, a nie Charles. Tak było łatwiej.
Po chwili podszedł do mnie Liam.
-Siema, stary.-powiedział
-Hej młody!-odpowiedialem po czym przytuliłem chłopaka i poklepałem go po plecach?
-Gdzie masz dziewczynę?-spytał.
Odkaszlnąłem.
-Chciałeś powiedzieć narzyczoną. W toalecie.
-Och... Gratulacje. Czemu nic nie mówiłeś?
-Sally nie chciała. Jej życzenie jest moim rozkazem. Kocham ją najbardziej na świecie.
-A jak tam dziecko? Wszystko z nim dobrze?
-Tak. Jest bardzo dobrze. Sal już chyba pogodziła się z tym że będzie matką. Dziecko rośnie jak na drożdżach, a to dopiero połowa piątego miesiąca. Poprosiliśmy lekarza, żeby nie zdradzał nam szczegółów.
-Charles! -Louis rzucił się na mnie.- Tyle czasu, brachu! Jak tam? Co u Sally? Gdzie ona jest? Miała tu być. Nie mów, że już urodziła.
-Spokojnie Lou. Sal jest w toalecie zaraz wróci. Liam opowie Ci resztę. Ja muszę ogarnąć dzieci bo Harry, Zayn i Niall zostali z tymi małpkami sami.-powiedziałem i poszedłem w stronę zbiegowiska.
Gdy większość dzieci zachowywała się już w miarę cywilizowanie, ja walczyłem z małą Maggie, która za nic nie chciała puścić Harr'ego.
-Wcześniej nawet nie chciała do ciebie podejść.-powiedziałem
-Maggie puść Hazzę. Daj mu odpocząć.- usłyszałem aksamitny głos mojej ukochanej.
-Dobrze Sally.-moja narzyczoną miała większy posłuch wśród dzieci niż ja
-SALLY!!!- krzyknęli chłopcy
-Ej, ale pojedyńczo.-ostrzegła dziewczyna- Muszę jeszcze pożyć.
Wszyscy chłopcy po kolei podeszli do niej się przywitać.
-No widzę, że Charlie miał rację mówiąc, że dziecko rośnie jak na drożdżach.-powiedział Liam.- Właśnie Sal pokaż swój pierścionek.
-Jaki poerścionek? Czy my o czymś nie wiemy, Liam?-spytał zdziwiony Harry.
-Och, myślałem że wiecie. Mogę im powiedzieć?-zwrócił się do nas
-Tak, jasne.
-Nie uwierzycie...
-No mów rzesz.-Loui zaczął się denerwować
-Sally i Charles są zaręczeni.
I zaczęły się gratulacje. Wszyscy po kolei nam gratulowali. Widziałem, że moja ukochana jest już zmęczona. Pokierowałem grupę do naszego autobusu. Wysadziłem 1D pod ich bazą.
-Za godzinę w naszej bazie.-powiedziałem na pożegnanie i pojechaliśmy do nas.
piątek, 14 lutego 2014
Rozdział dwudziesty pierwszy, czyli 65A02863BA9B1A14
Strzaskane jaja, zniszczone gniazda.
I pustka.
Pustka.
Pustka
Pustka
*Harry*
Trenowałem właśnie ataki gdy usłyszeliśmy krzyki Sally. Pobiegliśmy tam. Nurtowało mnie to czemu nie mówi ona nic więcej. Całą noc myślałem jak to jest. Skoro agenci mogą czytać w naszych myślach tylko dlatego, że mamy chip, a nie chronimy swoich myśli, to czemu nie mogą tego samego zrobić z nieświadomą Sally? Przecież ona już nie chroni swoich myśli.
-Anthony?
-Tak?
-Czy nie możecie wniknąć lub odczytać myśli Sal tak jak robicie to z naszymi?
-Próbowaliśmy. Coś jest nie tak z jej chipem, ale jeśli go wyjmiemy Sal nie będzie pamiętała nic, a tylko ona ma kod do systemu. A bez systemu nie będziemy mogli zdobyć chipu. Kuba już próbuje rozpracować zabezpieczenia, ale musi jeszcze z wami trenować. Chłopak nie sypia po nocach. Nie wiemy co mamy robić.- westchnął.
Dopiero teraz, tak naprawdę zdałem sobie sprawę jak bardzo oni są bezradni gdy jej nie ma.
-Mogę objąć nocną wartę przy niej?-spytałem.
-Jasne, wyręczysz Olivię. Kolejna która się poświęca dla dobra ogółu.
Wieczorem, zaraz po kolacji poszedłem do pokoju Sally. Na tacy niosłem kolacje dla Olivii.
-Przyniosłem Ci kolację. Zjedz i idź się połóż. Tej nocy ja ją popilnuję.-dziewczyna się wahała.-Oliwia, idź przy mnie nic jej się nie stanie.
Poszła. Wczułem się w otoczenie. Czułem Sally. Sięgnąłem ku niej.
-Sally to ja, Harry.
Nie zostawiaj mnie.
Tylko ty możesz rozwiązać zagadkę.
Nie ma wspomnień.
Strzaskane jaja, zniszczone gniazda.
Tył to przód, przód to tył.
Cyfry pierwsze, litery to pył.
System binarny to nie jest to.
Dwanaście, piętnaście a może sto?
-Sally o czym mówisz?
HaQ07ro3hs9m695Ghi34dIc2903yX61hYha
I nagle nic pustka.
-Sally! Już nie mogłem dostrzec jej umysłu. Żyła, widziałem to. Była nawet troszkę bardziej rumiana.
-Liam!- krzyknąłem w myślach
-Tak?
-Możesz przyjść do Sally. Chyba będę umiał jej pomóc. Tylko szybko, proszę!
-Dobra, zaraz będę.
Chwilę później biegłem do Kuby. Znalazłem go śpiącego w sali systemowej. Nie budziłem go. Niech śpi, dawno tego nie robił. Przypomniałem sobie co mówiła Sal.Ominąłem dwie pierwsze linijki.
Nie ma wspomnień.
Zapomniała o wszystkim. Nie pamięta nic jej chip jest zepsuty. To zrozumiałe.
Strzaskane jaja, zniszczone gniazda.
Do tego nie mam żadnego pomysłu. Co to może oznaczać? Dobra zostawię to na później.
Tył to przód, przód to tył.
No to oczywiste, że mam czytać od tyłu.
Cyfry pierwsze, litery to pył.
Czyli z tego co potem powiedziała mam wybrać tylko cyfry i przeczytać od tyłu.
HaQ07ro3hs9m695Ghi34dIc2903yX61hYha
Czyli wyszło 163092435969370
Sally mówi potem coś o systemie, ale nie binarny. Z czego wiem jest system dwunastkowy, ale nie ma piętnastkowego, ani setnego... czy jak on by się tam nazywał. Wziąłem kalkulator i obliczyłem liczbę 163092435969370 w systemie dwunastkowym. Wyszło mi 65A02863BA9B1A14. Wpisałem wreszcie to jako hasło systemowe i ... udało się. Rozgryzłem zabezpieczenia. Teraz będziemy mogli uratować Sally. Znalazłem przycisk którego mieliśmy używać tylko w nagłych sytuacjach. Ta była nagła. Nawet bardzo. Po chwili byli tu już wszyscy łącznie z Liam'em.
-Udało mi się!-krzyknąłem.- Otworzyłem system. Możemy uratować Sally, możemy naprawić jej chip.
-Kuba. Siadaj do komputera i zobacz co się zepsuło. Dzieci idźcie spać. Rano się dowiecie o co chodzi.
-Dobrze Charlie.
-Ugrh... Szkraby kiedy wy się nauczycie, że mam na imię Charles, nie Charlie. Dobra do łóżek.
-Charles. Mamy problem. Ten chip nie należy do Sally. Jej został zniszczony.
-Jak to?
-Michael domyśliłsię, że Sally może chcieć odzyskać swój chip i zmienił ustawienia w dwóch urządzeniach. Sally myślała, że ma swój chip, a miała niejakiego Damen'a Sykes. A wy zniszczyliście pozostałe w tym jej prawdziwy.
-To dlatego ona tak się zachowywała. To małe urządzenie ją niszczyło, a my na to patrzyliśmy i niczego nie podejrzewaliśmy.
Dobra. Zgraj to co masz na komputerze, a część weźmiemy z tego chipu i będziemy mieli wszystko co powinna pamiętać Sal. Wreszcie odzyskamy Sal.
-Ej, a ktoś jej w ogóle pilnuje?
-Olivia, tam poszła.
-Robimy to wszystko teraz czy rano?
-Lepiej teraz, żeby miała całą noc na przyzwyczajenie się do wszystkiego.
Pół godziny później było już po wszystkim.
-Sally, żyjesz?
Dziewczyna nie odpowiedziała. Patrzyła się na nas dzikim wzrokiem. Stanęła na czworakach. Miała taką pozę jakby miała zaraz się na nas rzucić. Zawarczała. Spięła mięśnie ud, jakby przygotowywała się do skoku. W zasadzie jakby nie było tu potrzebne.
-Chłopaki, kocham was. Jeśli to jest mój koniec pochowajcie moje zwłoki w Anglii. Powiedzcie całej mojej rodzinie, że ich kocham i w ogóle.-powiedział Louis który stał najbliżej Sally. Już miała skoczyć gdy się zawahała. Ta sekunda wystarczyła Charlesowi by ją zaatakować. Bili się przez dłuższą chwilę, jednak w pewnym momencie Char odsunął się od niej w pewnej siebie pozie. Jego ubranie było podarte.
-Co zrobiłeś?
-Ugryzłem ją w ucho. U wilków to znak, że jest się wyżej postawionym niż poszkodowany. Weźcie ją i zamknijcie w piwnicach.
-Czekajcie!-krzyknąłem do Kacpra i Kuby którzy już trzymali dziewczynę pod ramiona
-Co?
- Strzaskane jaja, zniszczone gniazda.
Dziewczyna trzepnęła głową i spytała:
-Czemu mnie trzymacie?
I pustka.
Pustka.
Pustka
Pustka
*Harry*
Trenowałem właśnie ataki gdy usłyszeliśmy krzyki Sally. Pobiegliśmy tam. Nurtowało mnie to czemu nie mówi ona nic więcej. Całą noc myślałem jak to jest. Skoro agenci mogą czytać w naszych myślach tylko dlatego, że mamy chip, a nie chronimy swoich myśli, to czemu nie mogą tego samego zrobić z nieświadomą Sally? Przecież ona już nie chroni swoich myśli.
-Anthony?
-Tak?
-Czy nie możecie wniknąć lub odczytać myśli Sal tak jak robicie to z naszymi?
-Próbowaliśmy. Coś jest nie tak z jej chipem, ale jeśli go wyjmiemy Sal nie będzie pamiętała nic, a tylko ona ma kod do systemu. A bez systemu nie będziemy mogli zdobyć chipu. Kuba już próbuje rozpracować zabezpieczenia, ale musi jeszcze z wami trenować. Chłopak nie sypia po nocach. Nie wiemy co mamy robić.- westchnął.
Dopiero teraz, tak naprawdę zdałem sobie sprawę jak bardzo oni są bezradni gdy jej nie ma.
-Mogę objąć nocną wartę przy niej?-spytałem.
-Jasne, wyręczysz Olivię. Kolejna która się poświęca dla dobra ogółu.
Wieczorem, zaraz po kolacji poszedłem do pokoju Sally. Na tacy niosłem kolacje dla Olivii.
-Przyniosłem Ci kolację. Zjedz i idź się połóż. Tej nocy ja ją popilnuję.-dziewczyna się wahała.-Oliwia, idź przy mnie nic jej się nie stanie.
Poszła. Wczułem się w otoczenie. Czułem Sally. Sięgnąłem ku niej.
-Sally to ja, Harry.
Nie zostawiaj mnie.
Tylko ty możesz rozwiązać zagadkę.
Nie ma wspomnień.
Strzaskane jaja, zniszczone gniazda.
Tył to przód, przód to tył.
Cyfry pierwsze, litery to pył.
System binarny to nie jest to.
Dwanaście, piętnaście a może sto?
-Sally o czym mówisz?
HaQ07ro3hs9m695Ghi34dIc2903yX61hYha
I nagle nic pustka.
-Sally! Już nie mogłem dostrzec jej umysłu. Żyła, widziałem to. Była nawet troszkę bardziej rumiana.
-Liam!- krzyknąłem w myślach
-Tak?
-Możesz przyjść do Sally. Chyba będę umiał jej pomóc. Tylko szybko, proszę!
-Dobra, zaraz będę.
Chwilę później biegłem do Kuby. Znalazłem go śpiącego w sali systemowej. Nie budziłem go. Niech śpi, dawno tego nie robił. Przypomniałem sobie co mówiła Sal.Ominąłem dwie pierwsze linijki.
Nie ma wspomnień.
Zapomniała o wszystkim. Nie pamięta nic jej chip jest zepsuty. To zrozumiałe.
Strzaskane jaja, zniszczone gniazda.
Do tego nie mam żadnego pomysłu. Co to może oznaczać? Dobra zostawię to na później.
Tył to przód, przód to tył.
No to oczywiste, że mam czytać od tyłu.
Cyfry pierwsze, litery to pył.
Czyli z tego co potem powiedziała mam wybrać tylko cyfry i przeczytać od tyłu.
Czyli wyszło 163092435969370
Sally mówi potem coś o systemie, ale nie binarny. Z czego wiem jest system dwunastkowy, ale nie ma piętnastkowego, ani setnego... czy jak on by się tam nazywał. Wziąłem kalkulator i obliczyłem liczbę 163092435969370 w systemie dwunastkowym. Wyszło mi 65A02863BA9B1A14. Wpisałem wreszcie to jako hasło systemowe i ... udało się. Rozgryzłem zabezpieczenia. Teraz będziemy mogli uratować Sally. Znalazłem przycisk którego mieliśmy używać tylko w nagłych sytuacjach. Ta była nagła. Nawet bardzo. Po chwili byli tu już wszyscy łącznie z Liam'em.
-Udało mi się!-krzyknąłem.- Otworzyłem system. Możemy uratować Sally, możemy naprawić jej chip.
-Kuba. Siadaj do komputera i zobacz co się zepsuło. Dzieci idźcie spać. Rano się dowiecie o co chodzi.
-Dobrze Charlie.
-Ugrh... Szkraby kiedy wy się nauczycie, że mam na imię Charles, nie Charlie. Dobra do łóżek.
-Charles. Mamy problem. Ten chip nie należy do Sally. Jej został zniszczony.
-Jak to?
-Michael domyśliłsię, że Sally może chcieć odzyskać swój chip i zmienił ustawienia w dwóch urządzeniach. Sally myślała, że ma swój chip, a miała niejakiego Damen'a Sykes. A wy zniszczyliście pozostałe w tym jej prawdziwy.
-To dlatego ona tak się zachowywała. To małe urządzenie ją niszczyło, a my na to patrzyliśmy i niczego nie podejrzewaliśmy.
Dobra. Zgraj to co masz na komputerze, a część weźmiemy z tego chipu i będziemy mieli wszystko co powinna pamiętać Sal. Wreszcie odzyskamy Sal.
-Ej, a ktoś jej w ogóle pilnuje?
-Olivia, tam poszła.
-Robimy to wszystko teraz czy rano?
-Lepiej teraz, żeby miała całą noc na przyzwyczajenie się do wszystkiego.
Pół godziny później było już po wszystkim.
-Sally, żyjesz?
Dziewczyna nie odpowiedziała. Patrzyła się na nas dzikim wzrokiem. Stanęła na czworakach. Miała taką pozę jakby miała zaraz się na nas rzucić. Zawarczała. Spięła mięśnie ud, jakby przygotowywała się do skoku. W zasadzie jakby nie było tu potrzebne.
-Chłopaki, kocham was. Jeśli to jest mój koniec pochowajcie moje zwłoki w Anglii. Powiedzcie całej mojej rodzinie, że ich kocham i w ogóle.-powiedział Louis który stał najbliżej Sally. Już miała skoczyć gdy się zawahała. Ta sekunda wystarczyła Charlesowi by ją zaatakować. Bili się przez dłuższą chwilę, jednak w pewnym momencie Char odsunął się od niej w pewnej siebie pozie. Jego ubranie było podarte.
-Co zrobiłeś?
-Ugryzłem ją w ucho. U wilków to znak, że jest się wyżej postawionym niż poszkodowany. Weźcie ją i zamknijcie w piwnicach.
-Czekajcie!-krzyknąłem do Kacpra i Kuby którzy już trzymali dziewczynę pod ramiona
-Co?
- Strzaskane jaja, zniszczone gniazda.
Dziewczyna trzepnęła głową i spytała:
-Czemu mnie trzymacie?
czwartek, 13 lutego 2014
Rozdział dwudziesty, czyli strzaskane jaja, zniszczone gniazda.
-No to co? Zaczynamy trening-spytał Harry
*Olivia*
Martwię się o Sal. Kocham ją. Zaopiekowała się mną gdy tego potrzebowałam. Poświęciła się żeby nam było lepiej. Jak to mówią nie potrzeba super mocy żeby być super bohaterem. Na dodatek ciąża. Ehh... Nie wiem jak ona sobie poradzi. Będzie musiała pokochać swoje dziecko. To będzie dla niej nie lada wyzwanie. Będzie jej ciężko, a my będziemy musieli jej pomagać. Trochę się tego boje, ale sprostać temu zadaniu. Pobiegłam do sali łuczniczej. Ja, Charles, Anthony, Kacper i Kuba trenowaliśmy osobiście z każdym członkiem One Direction. Ja uczyłam łucznictwa i posługiwania się bronią, Char obrony, Anthony ataku, Ka wszystkich rodzajów skoków a Kuba rozbrajania zabezpieczeń, zamków itp... Czyli wszystkiego co było im potrzebne. Dzisiaj miałam zajęcia z Louisem. Gdy chłopak mnie zobaczył oczy mało nie wyskoczyła mu z orbit.
-Ty będziesz mnie uczyć łucznictwa i wkładania bronią?
Nie odzywając się ani słowem, zdjęłam z pleców luk. W ciagu sześciu sekund wystrzeliłam sześć strzał. Po trzy z każdej ręki.
-Idź po tarczę.-powiedziałam.
Posłusznie poszedł, a gdy wrócił spytałam
-Masz jeszcze jakieś wątpliwości?
-Nie.-burknął zmieszany
Pierwsza strzała trafiła w sam środek tarczy. Tak jak każda kolejna. Pierwsza była rozłupana na pół przez drugą, druga przez trzecią i tak do sześciu. Zawsze trafiałam w to co chciałam. Nic nie mogło mnie rozproszyć. Potrafiłam się skupić bez względu na wszystko. Dlatego to ja tutaj uczyłam innych jak używa się broni. No to trening łucznictwa z Louisem czas zacząć.
*Charles*
Trening z Zaynem zacząłem od pokazania mu obrony gdy zarówno przeciwnik jak i my sami nie mamy broni.
-Zay. Posłuchaj mnie teraz uważnie. Nie mogę ci zdradzić kto będzie cię uczył łucznictwa i wkładania bronią, ale mogę cię ostrzec. Nie podważaj dumy tego człowieka. Może ten ktoś na takiego nie wygląda, ale jest świetny w tym co robi. Osoba która dzisiaj miała łucznictwo nie powie wam kto to. Zbyt mocno się boi. Nie wyciągajcie z niego kto to był. I tak wam nie powie.- powiedziałem i wróciłem do treningu.Zay. Posłuchaj mnie teraz uważnie. Nie mogę ci zdradzić kto będzie cię uczył łucznictwa i wkładania bronią, ale mogę cię ostrzec. Nie podważaj dumy tego człowieka. Może ten ktoś na takiego nie wygląda, ale jest świetny w tym co robi. Osoba która dzisiaj miała łucznictwo nie powie wam kto to. Zbyt mocno się boi. Nie wyciągajcie z niego kto to był. I tak wam nie powie.- powiedziałem i wróciłem do treningu.
Chłopak był zaskoczony, ale nie odezwał się ani słowem. Musiałem go ostrzec przed Olivią. To dziecko potrafi zrobić z bronią wszystko. Najbardziej lubi strzelać z łuku, ale inna bronią nie pogardzi. Jest przy tym tak szybka, zwinna, dostojna, że nikt nie potrafi jej się oprzeć. Tylko dzięki kilku sztuczką jest w stanie odpędzić od siebie większość płci przeciwnej. Z charakteru jest podobna do Sal, różni je tylko jedna rzecz. Olivia jest zbyt nieśmiała by być taka jak Sally, a Sally jest zbyt lekkomyślna by być taka jak Olivia. Są doskonałymi partnerkami. Dopełniają się.
*Zayn*
Gdy wróciłem do pokoju moja uwagę zwróciło dziwne zachowanie Louisa. Był podenerwowany, spięty i nie miał ochoty do żartów. Coś było nie tak. On nigdy się tak nie zachowuje.
-Ej, Lou co Ci jest?-gdy nie zareagował, potrząsnąłem nim.- Chłopie, żyjesz?
-Nie nic. To było... Wow. Nie wierzcie w pozory. Nic nie jest takie jak się wydaje.-powiedział i zamilkł. Bardzo szybko poszedł spać.
Gdy obudziłem się następnego dnia rano, byłem spóźniony na trening. Akurat dzisiaj miałem łucznictwo. Gdy wbiegłem do sali byłem nieźle zdziwiony. Przede mną stała mocno zdenerwowana Olivia. Wiedziałem, że mam być ostrożny, ale to przekraczało granice. Przecież ona ma 13 lat. Dobra powiedzmy, że 14. Co nie zmienia faktu, że jest młoda jak na nauczycielkę.
-Wybierz broń. Skoro nie wierzysz będziemy walczyć.
-Skąd wiesz, że nie wierzę.
-Musisz chronić swoje myśli przed chipem. Jeśli tego nie robisz, mogę w każdej chwili dowiedzieć się o czym myślisz. Wybierz broń, powtarzam. I tarczę także. Miałeś już obronę z Charlesem.
Podszedłem do ściany z bronią. Wziąłem półtora ręczny miecz. Do tego dużą i w miarę lekką tarczę. W razie potrzeby byłem w stanie się nią osłonić a nie krępowała ona moich ruchów.
-Umiesz się posługiwać mieczem?
-Poniekąd.
Zdziwiłem się gdy dziewczyna pokazała, że możemy zacząć. Nie miała tarczy. Na dodatek miała tylko łuk.
-Nie bój się strzały nie są ostre. Mogą ci co najwyżej nabić siniaka.
I zaczęła się walka. Walczyłem jak umiałem. Głównie się broniłem. Ale w pewnym momencie, gdy Olivia wyrzucała strzały z zabójczą prędkością, musiałem zakryć się taczą od góry. To był ogromny błąd. Dziewczyna podbiegła do mnie, odbiła się od mojej tarczy, zrobiła salto w tył obróciła się i wylądowała tuż za mną. Wystrzeliłam strzałę jeszcze nim zdążyłem się odwrócić.
-Trup. - powiedziała. -Gdzie uczyłeś się władać mieczem? Gdyby nie to, że miecz to moja druga ulubiona broń po łuku to już dawno leżałabym tu martwa w kałuży krwi.
-Mój dziadek mnie nauczył gdy byłem mały.
-Miło z jego strony, ale teraz muszę nauczyć cię jeszcze władanie inną bronią.-powiedziała i się uśmiechnęła.
*Sally*
Harry.
Nie zostawiaj mnie.
Tylko ty możesz rozwiązać zagadkę.
-HARRY!!!!!!!
Tylko tyle byłam w stanie powiedzieć.
Coś nie tak było z moim chipem.
-HARRY!!!!!!!
Tak blisko odkrycia moich korzeni, a zarazem tak daleko.
Związali mnie.
Jak mogli.
Charles mi śpiewał.
Wtedy czułam spokój.
Muszę być dla niego silna.
Kim jestem?
Jak długo żyję?
Nic nie wiem.
Nie potrafię walczyć.
Kiedyś umiałam wszystko.
Mam takie wrażenie.
Teraz nie wiem nic.
Nie jestem sobą.
Nie ma wspomnień.
Strzaskane jaja, zniszczone gniazda.
I pustka.
Pustka.
Pustka
Pustka
*Olivia*
Martwię się o Sal. Kocham ją. Zaopiekowała się mną gdy tego potrzebowałam. Poświęciła się żeby nam było lepiej. Jak to mówią nie potrzeba super mocy żeby być super bohaterem. Na dodatek ciąża. Ehh... Nie wiem jak ona sobie poradzi. Będzie musiała pokochać swoje dziecko. To będzie dla niej nie lada wyzwanie. Będzie jej ciężko, a my będziemy musieli jej pomagać. Trochę się tego boje, ale sprostać temu zadaniu. Pobiegłam do sali łuczniczej. Ja, Charles, Anthony, Kacper i Kuba trenowaliśmy osobiście z każdym członkiem One Direction. Ja uczyłam łucznictwa i posługiwania się bronią, Char obrony, Anthony ataku, Ka wszystkich rodzajów skoków a Kuba rozbrajania zabezpieczeń, zamków itp... Czyli wszystkiego co było im potrzebne. Dzisiaj miałam zajęcia z Louisem. Gdy chłopak mnie zobaczył oczy mało nie wyskoczyła mu z orbit.
-Ty będziesz mnie uczyć łucznictwa i wkładania bronią?
Nie odzywając się ani słowem, zdjęłam z pleców luk. W ciagu sześciu sekund wystrzeliłam sześć strzał. Po trzy z każdej ręki.
-Idź po tarczę.-powiedziałam.
Posłusznie poszedł, a gdy wrócił spytałam
-Masz jeszcze jakieś wątpliwości?
-Nie.-burknął zmieszany
Pierwsza strzała trafiła w sam środek tarczy. Tak jak każda kolejna. Pierwsza była rozłupana na pół przez drugą, druga przez trzecią i tak do sześciu. Zawsze trafiałam w to co chciałam. Nic nie mogło mnie rozproszyć. Potrafiłam się skupić bez względu na wszystko. Dlatego to ja tutaj uczyłam innych jak używa się broni. No to trening łucznictwa z Louisem czas zacząć.
*Charles*
Trening z Zaynem zacząłem od pokazania mu obrony gdy zarówno przeciwnik jak i my sami nie mamy broni.
-Zay. Posłuchaj mnie teraz uważnie. Nie mogę ci zdradzić kto będzie cię uczył łucznictwa i wkładania bronią, ale mogę cię ostrzec. Nie podważaj dumy tego człowieka. Może ten ktoś na takiego nie wygląda, ale jest świetny w tym co robi. Osoba która dzisiaj miała łucznictwo nie powie wam kto to. Zbyt mocno się boi. Nie wyciągajcie z niego kto to był. I tak wam nie powie.- powiedziałem i wróciłem do treningu.Zay. Posłuchaj mnie teraz uważnie. Nie mogę ci zdradzić kto będzie cię uczył łucznictwa i wkładania bronią, ale mogę cię ostrzec. Nie podważaj dumy tego człowieka. Może ten ktoś na takiego nie wygląda, ale jest świetny w tym co robi. Osoba która dzisiaj miała łucznictwo nie powie wam kto to. Zbyt mocno się boi. Nie wyciągajcie z niego kto to był. I tak wam nie powie.- powiedziałem i wróciłem do treningu.
Chłopak był zaskoczony, ale nie odezwał się ani słowem. Musiałem go ostrzec przed Olivią. To dziecko potrafi zrobić z bronią wszystko. Najbardziej lubi strzelać z łuku, ale inna bronią nie pogardzi. Jest przy tym tak szybka, zwinna, dostojna, że nikt nie potrafi jej się oprzeć. Tylko dzięki kilku sztuczką jest w stanie odpędzić od siebie większość płci przeciwnej. Z charakteru jest podobna do Sal, różni je tylko jedna rzecz. Olivia jest zbyt nieśmiała by być taka jak Sally, a Sally jest zbyt lekkomyślna by być taka jak Olivia. Są doskonałymi partnerkami. Dopełniają się.
*Zayn*
Gdy wróciłem do pokoju moja uwagę zwróciło dziwne zachowanie Louisa. Był podenerwowany, spięty i nie miał ochoty do żartów. Coś było nie tak. On nigdy się tak nie zachowuje.
-Ej, Lou co Ci jest?-gdy nie zareagował, potrząsnąłem nim.- Chłopie, żyjesz?
-Nie nic. To było... Wow. Nie wierzcie w pozory. Nic nie jest takie jak się wydaje.-powiedział i zamilkł. Bardzo szybko poszedł spać.
Gdy obudziłem się następnego dnia rano, byłem spóźniony na trening. Akurat dzisiaj miałem łucznictwo. Gdy wbiegłem do sali byłem nieźle zdziwiony. Przede mną stała mocno zdenerwowana Olivia. Wiedziałem, że mam być ostrożny, ale to przekraczało granice. Przecież ona ma 13 lat. Dobra powiedzmy, że 14. Co nie zmienia faktu, że jest młoda jak na nauczycielkę.
-Wybierz broń. Skoro nie wierzysz będziemy walczyć.
-Skąd wiesz, że nie wierzę.
-Musisz chronić swoje myśli przed chipem. Jeśli tego nie robisz, mogę w każdej chwili dowiedzieć się o czym myślisz. Wybierz broń, powtarzam. I tarczę także. Miałeś już obronę z Charlesem.
Podszedłem do ściany z bronią. Wziąłem półtora ręczny miecz. Do tego dużą i w miarę lekką tarczę. W razie potrzeby byłem w stanie się nią osłonić a nie krępowała ona moich ruchów.
-Umiesz się posługiwać mieczem?
-Poniekąd.
Zdziwiłem się gdy dziewczyna pokazała, że możemy zacząć. Nie miała tarczy. Na dodatek miała tylko łuk.
-Nie bój się strzały nie są ostre. Mogą ci co najwyżej nabić siniaka.
I zaczęła się walka. Walczyłem jak umiałem. Głównie się broniłem. Ale w pewnym momencie, gdy Olivia wyrzucała strzały z zabójczą prędkością, musiałem zakryć się taczą od góry. To był ogromny błąd. Dziewczyna podbiegła do mnie, odbiła się od mojej tarczy, zrobiła salto w tył obróciła się i wylądowała tuż za mną. Wystrzeliłam strzałę jeszcze nim zdążyłem się odwrócić.
-Trup. - powiedziała. -Gdzie uczyłeś się władać mieczem? Gdyby nie to, że miecz to moja druga ulubiona broń po łuku to już dawno leżałabym tu martwa w kałuży krwi.
-Mój dziadek mnie nauczył gdy byłem mały.
-Miło z jego strony, ale teraz muszę nauczyć cię jeszcze władanie inną bronią.-powiedziała i się uśmiechnęła.
*Sally*
Harry.
Nie zostawiaj mnie.
Tylko ty możesz rozwiązać zagadkę.
-HARRY!!!!!!!
Tylko tyle byłam w stanie powiedzieć.
Coś nie tak było z moim chipem.
-HARRY!!!!!!!
Tak blisko odkrycia moich korzeni, a zarazem tak daleko.
Związali mnie.
Jak mogli.
Charles mi śpiewał.
Wtedy czułam spokój.
Muszę być dla niego silna.
Kim jestem?
Jak długo żyję?
Nic nie wiem.
Nie potrafię walczyć.
Kiedyś umiałam wszystko.
Mam takie wrażenie.
Teraz nie wiem nic.
Nie jestem sobą.
Nie ma wspomnień.
Strzaskane jaja, zniszczone gniazda.
I pustka.
Pustka.
Pustka
Pustka
wtorek, 31 grudnia 2013
Rozdział dziewiętnasty, czyli kiedyś była kimś innym cz.2
-Na razie 10 dni, potem kilka koncertów i pół roku przerwy.
-No to już dzisiaj zaczniemy szkolenie. Przez te 10 dni rozpoczniemy trening, ale podczas nieobecności będziecie musieli trenować. Anthony was przypilnuje. Później przez te pół roku nauczymy was paru sztuczek. Dobra koniec gadania. Zaczniemy od wszczepienia wam chipu. Chodźcie za mną, po drodze wytłumaczę wam o co chodzi chipem. Chip ma wielkość żyletki, zapisuje on wszystko co zobaczycie, usłyszycie, powąchacie, posmakujecie, dotkniecie. Przechowuje wasze dane. Na nim jest wszystko. Gdy tylko dostanie się do waszego organizmu zapisuje wszystko co odnajdzie w waszym organizmie. WSZYSTKO. Bez wyjątków. Dzięki niemu możecie kontaktować się bez użycia słów, zapisywać notatki w głowie, odnajdywać drogę, zawsze wiecie gdzie jesteście, jaka jest data. Nie musicie nosić telefonów. Ach, nigdy o niczym nie zapomnicie. Chip można wyjąć w każdej chwili, ale nigdy nie może on zmienić właściciela. Samo posiadanie chipu nie boli jednak jego wszczepianie może myć nieprzyjemne. Dlatego rzadko wyciągamy chipy. Później znów trzeba go wsadzać. Kiedyś wszczepiano chipy w kark jednak teraz wolimy nadgarstki lub pięty. Macie wybór. Dobra. Dotarliśmy. Kto pierwszy? Widzę, że nikt się nie pali- dodałem po chwili- No to chodź Louis. Pięta czy nadgarstek?
-Nadgarstek.
-Jesteś pewny?
-Tak, całkowicie.
Wyjąłem z szafki narzędzia które będą mi potrzebne.
-Nie martw się, dam Ci coś przeciwbólowego. Gdy skończyłem kazałem Louiemu się położyć.
-Dobrze, ale mam pytanko. Ta sala wiruje, czy to ja się obracam?
-Połóż się!-krzyknęliśmy zgodnie
Kacper zajął się Liam'em i Niall'em, a je Harrym i Zayn'em.
Właśnie skończyłem z Zayn'em gdy usłyszałem krzyk.
-Charles pomocy! Szybko! Coś jest z Sally.-usłyszałem cieniutki głosik Olivki.
Pobiegliśmy razem do jej pokoju. Sally krzyczała
-Harry! Harry! Please. Don't let me go. Harry! Please. Don't.
Chłopak stanął jak wryty, a reszta 1D pomagała mi przy wyrywającej się Sal. Zacząłem śpiewać jej piosenkę, którą sam napisałem. Często pisałem piosenki. Gdy myślałem, że umrę kazałem Sally zabrać czarny zeszyt z piosenkami. Chciałem, żeby je przeczytała. Kocham ją. Gdy śpiewałem wszyscy zamilkli.
I figured it out
I figured it out from black and white
Seconds and hours
Maybe they hide to take some time
I know how it goes
I know how it goes from wrong and right
Silence and sound
Did they ever hold each other tight like us?
Did they ever fight like us?
You and I
We don't wanna be like them
We can make it 'till the end
Nothing can come between
You and I
Not even the Gods above
Can seperate the two of us
No, nothing can come between
You and I
Oh You and I
Sally zasnęła, ale nie pozwoliłem jej rozwiązać. Wszyscy się we mnie wpatrywali. No tak, pierwszy występ przed publicznością. Pokazałem chłopakom, że mamy wyjść.
-Kiedyś była kimś innym.-szepnąłem
-No to co? Zaczynamy trening-spytał Harry
-No to już dzisiaj zaczniemy szkolenie. Przez te 10 dni rozpoczniemy trening, ale podczas nieobecności będziecie musieli trenować. Anthony was przypilnuje. Później przez te pół roku nauczymy was paru sztuczek. Dobra koniec gadania. Zaczniemy od wszczepienia wam chipu. Chodźcie za mną, po drodze wytłumaczę wam o co chodzi chipem. Chip ma wielkość żyletki, zapisuje on wszystko co zobaczycie, usłyszycie, powąchacie, posmakujecie, dotkniecie. Przechowuje wasze dane. Na nim jest wszystko. Gdy tylko dostanie się do waszego organizmu zapisuje wszystko co odnajdzie w waszym organizmie. WSZYSTKO. Bez wyjątków. Dzięki niemu możecie kontaktować się bez użycia słów, zapisywać notatki w głowie, odnajdywać drogę, zawsze wiecie gdzie jesteście, jaka jest data. Nie musicie nosić telefonów. Ach, nigdy o niczym nie zapomnicie. Chip można wyjąć w każdej chwili, ale nigdy nie może on zmienić właściciela. Samo posiadanie chipu nie boli jednak jego wszczepianie może myć nieprzyjemne. Dlatego rzadko wyciągamy chipy. Później znów trzeba go wsadzać. Kiedyś wszczepiano chipy w kark jednak teraz wolimy nadgarstki lub pięty. Macie wybór. Dobra. Dotarliśmy. Kto pierwszy? Widzę, że nikt się nie pali- dodałem po chwili- No to chodź Louis. Pięta czy nadgarstek?
-Nadgarstek.
-Jesteś pewny?
-Tak, całkowicie.
Wyjąłem z szafki narzędzia które będą mi potrzebne.
-Nie martw się, dam Ci coś przeciwbólowego. Gdy skończyłem kazałem Louiemu się położyć.
-Dobrze, ale mam pytanko. Ta sala wiruje, czy to ja się obracam?
-Połóż się!-krzyknęliśmy zgodnie
Kacper zajął się Liam'em i Niall'em, a je Harrym i Zayn'em.
Właśnie skończyłem z Zayn'em gdy usłyszałem krzyk.
-Charles pomocy! Szybko! Coś jest z Sally.-usłyszałem cieniutki głosik Olivki.
Pobiegliśmy razem do jej pokoju. Sally krzyczała
-Harry! Harry! Please. Don't let me go. Harry! Please. Don't.
Chłopak stanął jak wryty, a reszta 1D pomagała mi przy wyrywającej się Sal. Zacząłem śpiewać jej piosenkę, którą sam napisałem. Często pisałem piosenki. Gdy myślałem, że umrę kazałem Sally zabrać czarny zeszyt z piosenkami. Chciałem, żeby je przeczytała. Kocham ją. Gdy śpiewałem wszyscy zamilkli.
I figured it out
I figured it out from black and white
Seconds and hours
Maybe they hide to take some time
I know how it goes
I know how it goes from wrong and right
Silence and sound
Did they ever hold each other tight like us?
Did they ever fight like us?
You and I
We don't wanna be like them
We can make it 'till the end
Nothing can come between
You and I
Not even the Gods above
Can seperate the two of us
No, nothing can come between
You and I
Oh You and I
Sally zasnęła, ale nie pozwoliłem jej rozwiązać. Wszyscy się we mnie wpatrywali. No tak, pierwszy występ przed publicznością. Pokazałem chłopakom, że mamy wyjść.
-Kiedyś była kimś innym.-szepnąłem
-No to co? Zaczynamy trening-spytał Harry
niedziela, 10 listopada 2013
Rozdział dziewiętnasty, czyli kiedyś była kimś innym.
Obudziła się w połowie drogi i zaczęła krzyczeć.
-HARRY!!!
*Charles*
Sal próbowała wyswobodzić się z pasów. Płakała i krzyczała. Zatrzymałem się na poboczu i wysiadłem. Wiedziałem, że ma atak paniki. Otworzyłem drzwi, odpiąłem jej pasy i wziąłem na ręce. Była leciutka jak nigdy. Biorąc pod uwagę, że była w czwartym miesiącu ciąży, coś musiało być nie tak. Zacząłem ją uspokajać. Gdy znów zasnęła, położyłem ją z powrotem na tylnich siedzeniach. Kacper przyglądał się moim poczynaniom w milczeniu. Jechaliśmy dalej. Po kilku kilometrach zadzwonił mój telefon. Odebrałem
-Słuchaj Char, mamy problem. -usłyszałem cieniutki głos Olivii
-Co się stało, młoda?-spytałem
-No bo do bazy 001 przyjechało One Direction.
-O cholera! Dobra Oli my właśnie tam jedziemy. Za chwilę będziemy.
-Ale Charles... Anthony nas tu przywiózł. W sensie do bazy 001.-Że co?! Czy on jest poważny? Ja mu dam. Dobra za 10 minut będziemy.
-Oki- doki.-powiedziała dziewczynka i rozłączyła się.
Byłem wściekły. Jechałem coraz szybciej. 80. 90. 100. 110. 120. 130.
-Zwolnij!- usłyszałem krzyk Kacpra
Zawsze gdy się denerwuję, wyłączam się. Musiałem nie słyszeć jak krzyczał.
-Sorry.- powiedziałem i zwolniłem do 90 km/h. Znów zadzwonił mój telefon. Harry.
-Czego chcesz, durniu?-spytałem tonem pełnym wyrzutów.
-O co Ci chodzi, człowieku?
-O co mi chodzi? O CO MI CHODZI? To przez was Sal się cięła, to przez was ma zrujnowane życie, to przez was została porwana, zgwałcona i w końcu to przez was jest w ciąży. Zniszczyliście ją. Nie Michael tylko wy. Nie powinniście byli się w to wtrącać, a ona nie powinna was w to wciągać. Wy ją zniszczyliście, ale pozostaje pytanie: Czemu ona chce...-nie zdążyłem skończyć zdania bo Sally znów się obudziła.
-Harry!!!-krzyczała i płakała. Znowu.
-Jak tylko dojadę do bazy to pogadamy.- nie czekałem na odpowiedź. Miałem teraz coś ważniejszego na głowie.
Gdy po 10 minutach udało mi się uspokoić Sal, znów ruszyliśmy do bazy. Po chwili byliśmy na miejscu. Zaniosłem dziewczynę do jej pokoju.
-Olivio, zanieś jej coś do jedzenia i przypilnuj by nic sobie nie zrobiła.
-Ale...
-Żadnego ale. Już!
-Anthony i reszta CIA idziecie na zakupy, możecie też posprzątać dawno tu nikogo nie było. Ze mną zostaje tylko Kacper, a Olivia ma zostać z Sal.
Wyszli.
-Co z nią?- spytał Liam
-Nie powinno was to obchodzić. -rzuciłem
-Ależ oczywiści, że powinno. Ona jest naszą przyjaciółką. Mów nam co z nią jest albo... albo...
-Albo co? Uderzysz mnie, Haroldzie? Powalę Cię jednym ruchem. Zawrzemy układ. Opowiem wam co z Sal, może nawet pozwolę wam się z nią spotkać, ale wy musicie zostać agentami CIA. Pełnoprawnymi.
-Charles... Nie przesadzasz troszkę?-usłyszałem głos Kacpra
-Siedź cicho!-warknąłem
-Dobrze zgadzamy się. Teraz mów co wiesz.
-Sally jest w okropnym stanie. Ciągle ma napady paniki. Krzyczy wtedy "Harry". Jest w ciąży, cięła się i jest bardzo wychudzona. Była gwałcona,bita, poniżana. Zabiła Michael'a. Dobrze zrobiła, bo uratowała mnóstwo osób, ale ma wyrzuty sumienia, zabiła człowieka. To nie daje jej spokoju.To nie koniec ona zdziczała. Zachowuje się jak zwierze. To od zawsze był jej problem. Miała zwierzęce instynkty. Nie potrafi tego opanować. To wszystko co wiem. Więcej zobaczycie sami. Ile macie wolnego?
-Na razie 10 dni, potem kilka koncertów i pół roku przerwy.
c.d.n
-HARRY!!!
*Charles*
Sal próbowała wyswobodzić się z pasów. Płakała i krzyczała. Zatrzymałem się na poboczu i wysiadłem. Wiedziałem, że ma atak paniki. Otworzyłem drzwi, odpiąłem jej pasy i wziąłem na ręce. Była leciutka jak nigdy. Biorąc pod uwagę, że była w czwartym miesiącu ciąży, coś musiało być nie tak. Zacząłem ją uspokajać. Gdy znów zasnęła, położyłem ją z powrotem na tylnich siedzeniach. Kacper przyglądał się moim poczynaniom w milczeniu. Jechaliśmy dalej. Po kilku kilometrach zadzwonił mój telefon. Odebrałem
-Słuchaj Char, mamy problem. -usłyszałem cieniutki głos Olivii
-Co się stało, młoda?-spytałem
-No bo do bazy 001 przyjechało One Direction.
-O cholera! Dobra Oli my właśnie tam jedziemy. Za chwilę będziemy.
-Ale Charles... Anthony nas tu przywiózł. W sensie do bazy 001.-Że co?! Czy on jest poważny? Ja mu dam. Dobra za 10 minut będziemy.
-Oki- doki.-powiedziała dziewczynka i rozłączyła się.
Byłem wściekły. Jechałem coraz szybciej. 80. 90. 100. 110. 120. 130.
-Zwolnij!- usłyszałem krzyk Kacpra
Zawsze gdy się denerwuję, wyłączam się. Musiałem nie słyszeć jak krzyczał.
-Sorry.- powiedziałem i zwolniłem do 90 km/h. Znów zadzwonił mój telefon. Harry.
-Czego chcesz, durniu?-spytałem tonem pełnym wyrzutów.
-O co Ci chodzi, człowieku?
-O co mi chodzi? O CO MI CHODZI? To przez was Sal się cięła, to przez was ma zrujnowane życie, to przez was została porwana, zgwałcona i w końcu to przez was jest w ciąży. Zniszczyliście ją. Nie Michael tylko wy. Nie powinniście byli się w to wtrącać, a ona nie powinna was w to wciągać. Wy ją zniszczyliście, ale pozostaje pytanie: Czemu ona chce...-nie zdążyłem skończyć zdania bo Sally znów się obudziła.
-Harry!!!-krzyczała i płakała. Znowu.
-Jak tylko dojadę do bazy to pogadamy.- nie czekałem na odpowiedź. Miałem teraz coś ważniejszego na głowie.
Gdy po 10 minutach udało mi się uspokoić Sal, znów ruszyliśmy do bazy. Po chwili byliśmy na miejscu. Zaniosłem dziewczynę do jej pokoju.
-Olivio, zanieś jej coś do jedzenia i przypilnuj by nic sobie nie zrobiła.
-Ale...
-Żadnego ale. Już!
-Anthony i reszta CIA idziecie na zakupy, możecie też posprzątać dawno tu nikogo nie było. Ze mną zostaje tylko Kacper, a Olivia ma zostać z Sal.
Wyszli.
-Co z nią?- spytał Liam
-Nie powinno was to obchodzić. -rzuciłem
-Ależ oczywiści, że powinno. Ona jest naszą przyjaciółką. Mów nam co z nią jest albo... albo...
-Albo co? Uderzysz mnie, Haroldzie? Powalę Cię jednym ruchem. Zawrzemy układ. Opowiem wam co z Sal, może nawet pozwolę wam się z nią spotkać, ale wy musicie zostać agentami CIA. Pełnoprawnymi.
-Charles... Nie przesadzasz troszkę?-usłyszałem głos Kacpra
-Siedź cicho!-warknąłem
-Dobrze zgadzamy się. Teraz mów co wiesz.
-Sally jest w okropnym stanie. Ciągle ma napady paniki. Krzyczy wtedy "Harry". Jest w ciąży, cięła się i jest bardzo wychudzona. Była gwałcona,bita, poniżana. Zabiła Michael'a. Dobrze zrobiła, bo uratowała mnóstwo osób, ale ma wyrzuty sumienia, zabiła człowieka. To nie daje jej spokoju.To nie koniec ona zdziczała. Zachowuje się jak zwierze. To od zawsze był jej problem. Miała zwierzęce instynkty. Nie potrafi tego opanować. To wszystko co wiem. Więcej zobaczycie sami. Ile macie wolnego?
-Na razie 10 dni, potem kilka koncertów i pół roku przerwy.
c.d.n
niedziela, 3 listopada 2013
piątek, 27 września 2013
Rozdział osiemnasty, czyli to nie tak miało wyglądać.
-Sally... Coś ty zrobiła.-usłyszałam jego szept...
*Charles*
Usłyszałem szept Sal w mojej głowie
-Charlie miej mnie w opiece.
-Sally... Coś ty zrobiła.-pomyślałem i utraciłem z nią kontakt.
Byłem pewny, że Sal zajęli się lekarze. Nie mogłem bardziej się mylić. Tyle, że wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem. Byłem pewny, że psychiatrzy wyjęli Sally chip więc nie przejąłem się utratą kontaktu co było największym błędem w moim dotychczasowym życiu.
*dwa dni później*
Dzisiaj pojechaliśmy odwiedzić Sal w szpitalu.
-Dzień dobry-powiedziałem-Przyszliśmy w odwiedziny do Sally-pokazałem pielęgniarce legitymację CIA.
-Proszę za mną.-powiedziała niezadowolonym tonem
Ruszyliśmy w głąb szpitala. Mnóstwo zakrętów, schodów, drzwi. Jak w labiryncie. Co jakiś czas mijaliśmy pacjentów. Niektórzy ogłuszeni lekami inni wrzeszczący o tym, ze są tu bez powodu. Gdy wreszcie zatrzymaliśmy się przed salą lekarzy okazało się że nie możemy iść dalej. Musimy tu czekać na Sal. Po chwili weszliśmy do sali i zobaczyliśmy w niej naszą szefową. Była przywiązana pasami do łóżka, a nadgarstki miała owinięte bandażami. Pusty wzrok skierowała w ścianę przed sobą.
-Pacjentka podcięła sobie żyły dwa dni temu. Straciła dużo krwi i przy okazji pamięć. Nie wiadomo czy ją odzyska. Reaguje tylko na jedno imię - Harry. Ach, byłbym zapomniał. Pani Sally jest w ciąży. To czwarty miesiąc. Gratuluję ojcu. Który to z panów?
-Żaden z nas.- wymamrotałem
Nie wiedzieliśmy jak to się mogło stać. Chyba, że... no tak przecież Sal była gwałcona. To okropne. Nie wiem jak ona się z tego pozbiera. A właśnie co z chipem? Przecież tam jest jej pamięć. Czułem w swoim chipie, że Sal go ma, ale jeśli straciła pamięć to nie pamięta kodu dostępu. Muszę podać jej kod.
-Możemy zostać sami z pacjentką?
-Ależ oczywiście, że nie.
-To sprawy CIA nie możemy pozwolić by ktokolwiek to słyszał. To ściśle tajne.
-No dobrze. Mają panowie 10 minut- powiedziała i wyszła z sali.
-Podszedłem do Sal i powiedziałem jej do ucha: kod dostępu to- 0S0a19l6l0y904.
Nic. Żadnej reakcji. Już mieliśmy wyjść gdy usłyszałem "To nie tak jak myślisz, kotku". Rozwiązaliśmy Sal i pozwoliliśmy jej prowadzić. Wyszliśmy innymi drzwiami niż te którymi wchodziliśmy. Gdy wreszcie Sally się zatrzymała doznaliśmy szoku. Jej sala nie wglądała jak ta w której przed chwilą byliśmy. Dziewczyna usiadła na swoim stelażu łóżka. Nie było na nim materaca. Ściany były poobdzierane z farby.
-To nie tak miało wyglądać-powiedziałem w myślach do Kacpra, który do tej pory siedział cicho.
-Taaa...
-Sal my już musimy iść. Jutro zabierzemy Cię do domu.-powiedziałem na głos
-Harry.-usłyszałem odpowiedź.
*następnego dnia*
-Zabieramy dzisiaj panią Sally do domu. To ważne. Bardzo ważne. Nie ma sprzeciwu.
Poszliśmy do jej pokoju. Wziąłem ją na ręce. Jeszcze spała. Wsadziłem ją do auta i ruszyłem. Obudziła się w połowie drogi i zaczęła krzyczeć.
-HARRY!!!
*Charles*
Usłyszałem szept Sal w mojej głowie
-Charlie miej mnie w opiece.
-Sally... Coś ty zrobiła.-pomyślałem i utraciłem z nią kontakt.
Byłem pewny, że Sal zajęli się lekarze. Nie mogłem bardziej się mylić. Tyle, że wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem. Byłem pewny, że psychiatrzy wyjęli Sally chip więc nie przejąłem się utratą kontaktu co było największym błędem w moim dotychczasowym życiu.
*dwa dni później*
Dzisiaj pojechaliśmy odwiedzić Sal w szpitalu.
-Dzień dobry-powiedziałem-Przyszliśmy w odwiedziny do Sally-pokazałem pielęgniarce legitymację CIA.
-Proszę za mną.-powiedziała niezadowolonym tonem
Ruszyliśmy w głąb szpitala. Mnóstwo zakrętów, schodów, drzwi. Jak w labiryncie. Co jakiś czas mijaliśmy pacjentów. Niektórzy ogłuszeni lekami inni wrzeszczący o tym, ze są tu bez powodu. Gdy wreszcie zatrzymaliśmy się przed salą lekarzy okazało się że nie możemy iść dalej. Musimy tu czekać na Sal. Po chwili weszliśmy do sali i zobaczyliśmy w niej naszą szefową. Była przywiązana pasami do łóżka, a nadgarstki miała owinięte bandażami. Pusty wzrok skierowała w ścianę przed sobą.
-Pacjentka podcięła sobie żyły dwa dni temu. Straciła dużo krwi i przy okazji pamięć. Nie wiadomo czy ją odzyska. Reaguje tylko na jedno imię - Harry. Ach, byłbym zapomniał. Pani Sally jest w ciąży. To czwarty miesiąc. Gratuluję ojcu. Który to z panów?
-Żaden z nas.- wymamrotałem
Nie wiedzieliśmy jak to się mogło stać. Chyba, że... no tak przecież Sal była gwałcona. To okropne. Nie wiem jak ona się z tego pozbiera. A właśnie co z chipem? Przecież tam jest jej pamięć. Czułem w swoim chipie, że Sal go ma, ale jeśli straciła pamięć to nie pamięta kodu dostępu. Muszę podać jej kod.
-Możemy zostać sami z pacjentką?
-Ależ oczywiście, że nie.
-To sprawy CIA nie możemy pozwolić by ktokolwiek to słyszał. To ściśle tajne.
-No dobrze. Mają panowie 10 minut- powiedziała i wyszła z sali.
-Podszedłem do Sal i powiedziałem jej do ucha: kod dostępu to- 0S0a19l6l0y904.
Nic. Żadnej reakcji. Już mieliśmy wyjść gdy usłyszałem "To nie tak jak myślisz, kotku". Rozwiązaliśmy Sal i pozwoliliśmy jej prowadzić. Wyszliśmy innymi drzwiami niż te którymi wchodziliśmy. Gdy wreszcie Sally się zatrzymała doznaliśmy szoku. Jej sala nie wglądała jak ta w której przed chwilą byliśmy. Dziewczyna usiadła na swoim stelażu łóżka. Nie było na nim materaca. Ściany były poobdzierane z farby.
-To nie tak miało wyglądać-powiedziałem w myślach do Kacpra, który do tej pory siedział cicho.
-Taaa...
-Sal my już musimy iść. Jutro zabierzemy Cię do domu.-powiedziałem na głos
-Harry.-usłyszałem odpowiedź.
*następnego dnia*
-Zabieramy dzisiaj panią Sally do domu. To ważne. Bardzo ważne. Nie ma sprzeciwu.
Poszliśmy do jej pokoju. Wziąłem ją na ręce. Jeszcze spała. Wsadziłem ją do auta i ruszyłem. Obudziła się w połowie drogi i zaczęła krzyczeć.
-HARRY!!!
poniedziałek, 22 lipca 2013
poniedziałek, 15 lipca 2013
Rozdział siedemnasty, czyli co myśmy zrobili.
-Ha-arry! Sa-ally zabra-ali do psychiatryka!-krzyknął dziewczęcy głos. Był pełen bólu i rozpaczy.
Po tym co usłyszałem z ust Olivii nie wiedziałem co zrobić. Zacząć płakać? Histeryzować? Krzyczeć? Na pewno musiałem o tym powiedzieć chłopakom.
-Sally wylądowała w wariatkowie.-powiedziałem krótko i na temat.
-O matko. To okropne. Dopiero co ją odzyskali i znów ją stracili. Musi być z nią naprawdę źle.
-Po tym koncercie mamy kilka dni przerwy. Jedziemy do nich?-spytałem
-Tak.-odpowiedzieli z posępnymi minami.
Zagraliśmy ten koncert i staraliśmy się nie pokazywać po sobie, że coś jest nie tak. I chyba nam to wyszło. Fanki były zachwycone. Po koncercie rozdaliśmy trochę autografów i ruszyliśmy do hotelu. Szybko się spakowaliśmy. Nawet nie składałem ciuchów. Po prostu wrzucałem je do walizki. W wirze zajęcia nie zauważyłem nawet, że zrzuciłem z szafki zdjęcie. Moje i Sally. Niosłem ją na barana. Śmiałem się tak jak ona. Wyglądała na normalną dziewczynę, która po prostu jest szczęśliwa. Nic więcej. Nie musiała nikogo udawać. Była sobą. Jeszcze chwile przyglądałem się zdjęciu i schowałem je do walizki. Zastanawiałem się czy jeszcze kiedyś będę mógł z nią normalnie porozmawiać. Nie w szpitalu. Normalnie jak dwójka zwykłych ludzi. Wiele razy zastanawiałem się czy dobrze zrobiliśmy dając do gazet jej zdjęcie. Przez to stanie się rozpoznawalna. Nie będzie mogła już być tajną agentką. Przecież to było jej życie. Co myśmy zrobili. Zrujnowaliśmy ją. To przez nas. Nawet nie zauważyłem kiedy z moich oczu zaczęły płynąć łzy. Skuliłem się pod ścianą i płakałem.
-Harruś. Co jest młody. Czemu płaczesz?
-To przez nas Loueh. T-To przez nas Sal wylądowała w wariatkowie.-powiedziałem łkając.-Zrujnowaliśmy jej karierę. Stała się rozpoznawalna, a co za tym idzie nie będzie mogła już być TAJNĄ agentką. To przez nas. Rozumiesz?
-O matko. Rzeczywiście o tym nie pomyśleliśmy. Co my zrobiliśmy. Musimy to naprawić.-powiedział mój przyjaciel podrywając się z klęczek.- Spieprzyliśmy to więc musimy to naprawić. Na co jeszcze czekasz? Wstawaj, jedziemy. Misję 'Wybacz nam Sal' uważam za otwartą.
*Sally*
-Rozwiążcie mnie! Nic mi nie jest! Jestem całkowicie zdrowa!-darłam się w niebo głosy. Conrad ten zdrajca zadzwonił do wariatkowa i kazał mnie zabrać. Powiedział, że jestem tajną agentką, ale i tak wie już o tym cały świat. Przez to cholerne One Direction. Siłowałam się z kaftanem bezpieczeństwa w który byłam ubrana. Zaczęłam gryźć materiał. Siedziałam w karetce i zastanawiałam się jak ugryźć ratownika medycznego, żeby najbardziej go zabolało. Wreszcie zdecydowałam się na biceps który był odkryty i miałam do niego łatwy dostęp. Ratownik siedział tuż obok mnie. Obróciłam głowę i najszybciej jak umiałam złapałam zębami rękę mężczyzny. Wbijałam zęby tak głęboko jak tylko było to możliwe. Na początku nawet nie zwrócił na to uwagi. Chyba był przyzwyczajony, ale nie wziął pod uwagę tego, że jestem a raczej byłam tajną agentką. Miałam wyszlifowane zęby co oznaczało, że mogę z łatwością przegryźć ludzką skórę. Tak też zrobiłam. Wbijałam zęby coraz mocniej. Przestałam dopiero gdy poczułam, że całe moje usta wypełnia krew mężczyzny. Dopiero gdy go puściłam zauważyłam, że dojechaliśmy do szpitala i, że trzyma mnie kilku mężczyzn.
-Uważajcie ma bardzo ostre zęby. Jest groźna.
-No co ty nie powiesz. Widać po tym co zrobiła Kubie.
A więc człowiek którego pogryzłam nazywa się Jakub. Postanowiłam się na chwilę uspokoić, żeby zebrać siły. Właśnie chciałam znów "zaatakować" gdy zostałam wsadzona do pokoju w którym podobno miałam sobie nic nie zrobić.
-To twoje tymczasowe lokum, ślicznotko.-powiedział jeden z tych mięśniaków którzy mnie tu przynieśli.-Nie bój się krzywda Ci się tu nie stanie. Za chwilę przyjdzie do Ciebie jakaś pielęgniarka umyć Ci twarz z krwi. Popatrzyłam się na niego wzrokiem który powinien zabijać. Mężczyzna zamknął drzwi. Usiadłam spokojnie pod ścianą i zaczęłam myśleć. Doszłam do kilku wniosków.
-Charlie miej mnie w opiece!-chciałam krzyknąć, lecz wyszło mi to dość cicho.
-Sally... Coś ty zrobiła.-usłyszałam jego szept...
To takie moje wyobrażeni jak mniej więcej wyglądała wtedy Sally.
A to druga połowa jej sali.
Po tym co usłyszałem z ust Olivii nie wiedziałem co zrobić. Zacząć płakać? Histeryzować? Krzyczeć? Na pewno musiałem o tym powiedzieć chłopakom.
-Sally wylądowała w wariatkowie.-powiedziałem krótko i na temat.
-O matko. To okropne. Dopiero co ją odzyskali i znów ją stracili. Musi być z nią naprawdę źle.
-Po tym koncercie mamy kilka dni przerwy. Jedziemy do nich?-spytałem
-Tak.-odpowiedzieli z posępnymi minami.
Zagraliśmy ten koncert i staraliśmy się nie pokazywać po sobie, że coś jest nie tak. I chyba nam to wyszło. Fanki były zachwycone. Po koncercie rozdaliśmy trochę autografów i ruszyliśmy do hotelu. Szybko się spakowaliśmy. Nawet nie składałem ciuchów. Po prostu wrzucałem je do walizki. W wirze zajęcia nie zauważyłem nawet, że zrzuciłem z szafki zdjęcie. Moje i Sally. Niosłem ją na barana. Śmiałem się tak jak ona. Wyglądała na normalną dziewczynę, która po prostu jest szczęśliwa. Nic więcej. Nie musiała nikogo udawać. Była sobą. Jeszcze chwile przyglądałem się zdjęciu i schowałem je do walizki. Zastanawiałem się czy jeszcze kiedyś będę mógł z nią normalnie porozmawiać. Nie w szpitalu. Normalnie jak dwójka zwykłych ludzi. Wiele razy zastanawiałem się czy dobrze zrobiliśmy dając do gazet jej zdjęcie. Przez to stanie się rozpoznawalna. Nie będzie mogła już być tajną agentką. Przecież to było jej życie. Co myśmy zrobili. Zrujnowaliśmy ją. To przez nas. Nawet nie zauważyłem kiedy z moich oczu zaczęły płynąć łzy. Skuliłem się pod ścianą i płakałem.
-Harruś. Co jest młody. Czemu płaczesz?
-To przez nas Loueh. T-To przez nas Sal wylądowała w wariatkowie.-powiedziałem łkając.-Zrujnowaliśmy jej karierę. Stała się rozpoznawalna, a co za tym idzie nie będzie mogła już być TAJNĄ agentką. To przez nas. Rozumiesz?
-O matko. Rzeczywiście o tym nie pomyśleliśmy. Co my zrobiliśmy. Musimy to naprawić.-powiedział mój przyjaciel podrywając się z klęczek.- Spieprzyliśmy to więc musimy to naprawić. Na co jeszcze czekasz? Wstawaj, jedziemy. Misję 'Wybacz nam Sal' uważam za otwartą.
*Sally*
-Rozwiążcie mnie! Nic mi nie jest! Jestem całkowicie zdrowa!-darłam się w niebo głosy. Conrad ten zdrajca zadzwonił do wariatkowa i kazał mnie zabrać. Powiedział, że jestem tajną agentką, ale i tak wie już o tym cały świat. Przez to cholerne One Direction. Siłowałam się z kaftanem bezpieczeństwa w który byłam ubrana. Zaczęłam gryźć materiał. Siedziałam w karetce i zastanawiałam się jak ugryźć ratownika medycznego, żeby najbardziej go zabolało. Wreszcie zdecydowałam się na biceps który był odkryty i miałam do niego łatwy dostęp. Ratownik siedział tuż obok mnie. Obróciłam głowę i najszybciej jak umiałam złapałam zębami rękę mężczyzny. Wbijałam zęby tak głęboko jak tylko było to możliwe. Na początku nawet nie zwrócił na to uwagi. Chyba był przyzwyczajony, ale nie wziął pod uwagę tego, że jestem a raczej byłam tajną agentką. Miałam wyszlifowane zęby co oznaczało, że mogę z łatwością przegryźć ludzką skórę. Tak też zrobiłam. Wbijałam zęby coraz mocniej. Przestałam dopiero gdy poczułam, że całe moje usta wypełnia krew mężczyzny. Dopiero gdy go puściłam zauważyłam, że dojechaliśmy do szpitala i, że trzyma mnie kilku mężczyzn.
-Uważajcie ma bardzo ostre zęby. Jest groźna.
-No co ty nie powiesz. Widać po tym co zrobiła Kubie.
A więc człowiek którego pogryzłam nazywa się Jakub. Postanowiłam się na chwilę uspokoić, żeby zebrać siły. Właśnie chciałam znów "zaatakować" gdy zostałam wsadzona do pokoju w którym podobno miałam sobie nic nie zrobić.
-To twoje tymczasowe lokum, ślicznotko.-powiedział jeden z tych mięśniaków którzy mnie tu przynieśli.-Nie bój się krzywda Ci się tu nie stanie. Za chwilę przyjdzie do Ciebie jakaś pielęgniarka umyć Ci twarz z krwi. Popatrzyłam się na niego wzrokiem który powinien zabijać. Mężczyzna zamknął drzwi. Usiadłam spokojnie pod ścianą i zaczęłam myśleć. Doszłam do kilku wniosków.
- Uczyli mnie w bazie jak się wyswobadzać z kaftanów bezpieczeństwa.
- Nie zdjęli mi moich ciuchów a w spodniach mam żyletkę.
- Tu nie ma kamer.
- Mogę grozić pielęgniarce.
- Będę twarda i nie dam sobą pomiatać.
- Ukatrupię One Direction i Conrad'a.
- Nie wyjęli mi chip-u.
-Charlie miej mnie w opiece!-chciałam krzyknąć, lecz wyszło mi to dość cicho.
-Sally... Coś ty zrobiła.-usłyszałam jego szept...
To takie moje wyobrażeni jak mniej więcej wyglądała wtedy Sally.
A to druga połowa jej sali.
środa, 3 lipca 2013
Rozdział szesnasty, czyli Proszę Cię, pomóż.
-Wróciłam!!!
*Conrad*
Właśnie ćwiczyłem z dziećmi sztukę samoobrony, gdy usłyszałem tak dobrze znany mi głos, krzyczący 'wróciłam!!!'. Pokazałem maluchom, że mają iść za mną. Wbiegłem do holu i zobaczyłem tam Sally. Całą i zdrową. Obok niej stał mój dawny kumpel Kacper i Charles. Czyli udało jej się. Rzuciłem się jej na szyję. Chwilę później to samo zrobiła Olivia.
-Tak strasznie tęskniłam-powiedziała i się rozpłakała.
Pierwszy raz w życiu widziałem jak Niezniszczalna płacze. To do niej nie podobne. Coś się zmieniło. Ona się zmieniła. Nie była taka. Czułem, że z tego będą kłopoty.
-Idę się położyć. Opowiem wam wszystko jak się obudzę. -powiedziała.
-Dobrze.-odpowiedziałem.
-Sally! Poczekaj-krzyknął Charles, ale było już za późno.
Sal zamknęła się w swoim pokoju. Chłopak walił w drzwi
-Sally! Otwórz! Proszę-wyszeptał, lecz na nic się to zdało. Dziewczyna zamknęła się w swojej sypialni w bazie 001 i nic nie było tego w stanie zmienić.
*3 dni później*
*Harry*
Smacznie sobie spałem w naszym hotelu w LA gdy obudził mnie dzwonek mojego telefonu.
-Halo?-spytałem zaspanym głosem
-H-he-hej Ha-arry tu O-Oli-wia- wyjąkała dziewczynka pomiędzy spazmami płaczu.
-Co się stało?
-Sally. Zamknęła się u siebie. Nie wychodzi od trzech dni. Nie jadła nie piła. Chłopaki nie pozwoliły mi o tym mówić, ale oni nie dają sobie rady. Musiałam do kogoś zadzwonić. Ty pierwszy przyszedłeś mi do głowy. Proszę Cię, pomóż. Boję się o nią. -ledwo rozumiałem słowa trzynastolatki przez jej ciągły płacz.
-Olivia, nie płacz. Będzie dobrze. Postaram się chłopakami przyjechać do was jak najszybciej, dobrze?
-Tak, Harry. Dziękuję.-powiedziała cichutko i się rozłączyła.
Mimo wielu prób i starań nie mogłem zasnąć już do samego rana.
Poszedłem do pokoju Niall'a i krzyknąłem:
-Śniadanie!!!
-Co? Gdzie? Jak?
-Witaj w Los Angeles, a teraz wstawaj. Za pół godziny u mnie.-powiedziałem i ruszyłem do następnego pokoju. Zastałem w nim nie śpiącego już Liam'a:
-Przyszedłem Cię obudzić, ale widzę, że już nie śpisz. Za pół godziny zbiórka u mnie w pokoju.
-W następnym pokoju zastałem śpiącego jak kamień Zayn'a. Wiedziałam, że na niego poskutkuje tylko jedno. Poszedłem do jego łazienki i do miski nalałem wody i wróciłem do pokoju mulata. Wylałem całą wodę na chłopaka.
-Nie mogłeś normalnie mnie obudzić, Haroldzie?
-Za pół godziny u mnie w pokoju, i nie mów do mnie Harold!
Został mi już ostatni pokój. Pokój Loui'ego.
-Marchewko! Śpisz?!
Cisza
-Boo Bear! To ja Harruś!
Cisza. Podszedłem do łóżka Lou i zacząłem po nim skakać.
-Co chcesz?-dobiegł mnie stłumiony głos z pod kołdry
-Wstawaj muszę Ci powiedzieć coś ważnego, ale to z pół godziny w moim pokoju.-powiedziałem w stronę głowy Louisa i wyszedłem z pokoju.
Pół godziny potem całą piątką siedzieliśmy u mnie w pokoju.
-Więc tak zebraliśmy się tu po to by... Dobra walnę prosto z mostu. Sally się załamała i chłopaki nie dają sobie z nią rady. Od trzech dni nie wynurzyła się z pokoju. Zadzwoniła do mnie Olivia i poprosiła o pomoc. Powiedziałem, że postaramy się przyjechać jak najszybciej. Boją się, że Sal chce sobie coś zrobić.
-Nie dziwię się po tym co przeszła- szepnął Louis myśląc, że nikt go nie słyszy
-Co powiedziałeś?-spytałem
-Nic, nic.
-Loueh, wiem, że kłamiesz. Co ona przeszła?
-Michael ją porwał. Zrobił z niej dziwkę, później przeciągnął na swoją stronę. Musiała wykonać zadania po których miała dołączyć do Burks'ów. Podczas ostatniego zadania zabiła go. Uwolnił Charles'a i Kacpra i uciekli, ale to ją zmieniło. Ona już nigdy nie będzie taka jak kiedyś.
Nagle zadzwonił mój telefon. Odebrałem bez patrzenia kto to.
-Ha-arry! Sa-ally zabra-ali do psychiatryka!-krzyknął dziewczęcy głos. Był pełen bólu i rozpaczy.
*Conrad*
Właśnie ćwiczyłem z dziećmi sztukę samoobrony, gdy usłyszałem tak dobrze znany mi głos, krzyczący 'wróciłam!!!'. Pokazałem maluchom, że mają iść za mną. Wbiegłem do holu i zobaczyłem tam Sally. Całą i zdrową. Obok niej stał mój dawny kumpel Kacper i Charles. Czyli udało jej się. Rzuciłem się jej na szyję. Chwilę później to samo zrobiła Olivia.
-Tak strasznie tęskniłam-powiedziała i się rozpłakała.
Pierwszy raz w życiu widziałem jak Niezniszczalna płacze. To do niej nie podobne. Coś się zmieniło. Ona się zmieniła. Nie była taka. Czułem, że z tego będą kłopoty.
-Idę się położyć. Opowiem wam wszystko jak się obudzę. -powiedziała.
-Dobrze.-odpowiedziałem.
-Sally! Poczekaj-krzyknął Charles, ale było już za późno.
Sal zamknęła się w swoim pokoju. Chłopak walił w drzwi
-Sally! Otwórz! Proszę-wyszeptał, lecz na nic się to zdało. Dziewczyna zamknęła się w swojej sypialni w bazie 001 i nic nie było tego w stanie zmienić.
*3 dni później*
*Harry*
Smacznie sobie spałem w naszym hotelu w LA gdy obudził mnie dzwonek mojego telefonu.
-Halo?-spytałem zaspanym głosem
-H-he-hej Ha-arry tu O-Oli-wia- wyjąkała dziewczynka pomiędzy spazmami płaczu.
-Co się stało?
-Sally. Zamknęła się u siebie. Nie wychodzi od trzech dni. Nie jadła nie piła. Chłopaki nie pozwoliły mi o tym mówić, ale oni nie dają sobie rady. Musiałam do kogoś zadzwonić. Ty pierwszy przyszedłeś mi do głowy. Proszę Cię, pomóż. Boję się o nią. -ledwo rozumiałem słowa trzynastolatki przez jej ciągły płacz.
-Olivia, nie płacz. Będzie dobrze. Postaram się chłopakami przyjechać do was jak najszybciej, dobrze?
-Tak, Harry. Dziękuję.-powiedziała cichutko i się rozłączyła.
Mimo wielu prób i starań nie mogłem zasnąć już do samego rana.
Poszedłem do pokoju Niall'a i krzyknąłem:
-Śniadanie!!!
-Co? Gdzie? Jak?
-Witaj w Los Angeles, a teraz wstawaj. Za pół godziny u mnie.-powiedziałem i ruszyłem do następnego pokoju. Zastałem w nim nie śpiącego już Liam'a:
-Przyszedłem Cię obudzić, ale widzę, że już nie śpisz. Za pół godziny zbiórka u mnie w pokoju.
-W następnym pokoju zastałem śpiącego jak kamień Zayn'a. Wiedziałam, że na niego poskutkuje tylko jedno. Poszedłem do jego łazienki i do miski nalałem wody i wróciłem do pokoju mulata. Wylałem całą wodę na chłopaka.
-Nie mogłeś normalnie mnie obudzić, Haroldzie?
-Za pół godziny u mnie w pokoju, i nie mów do mnie Harold!
Został mi już ostatni pokój. Pokój Loui'ego.
-Marchewko! Śpisz?!
Cisza
-Boo Bear! To ja Harruś!
Cisza. Podszedłem do łóżka Lou i zacząłem po nim skakać.
-Co chcesz?-dobiegł mnie stłumiony głos z pod kołdry
-Wstawaj muszę Ci powiedzieć coś ważnego, ale to z pół godziny w moim pokoju.-powiedziałem w stronę głowy Louisa i wyszedłem z pokoju.
Pół godziny potem całą piątką siedzieliśmy u mnie w pokoju.
-Więc tak zebraliśmy się tu po to by... Dobra walnę prosto z mostu. Sally się załamała i chłopaki nie dają sobie z nią rady. Od trzech dni nie wynurzyła się z pokoju. Zadzwoniła do mnie Olivia i poprosiła o pomoc. Powiedziałem, że postaramy się przyjechać jak najszybciej. Boją się, że Sal chce sobie coś zrobić.
-Nie dziwię się po tym co przeszła- szepnął Louis myśląc, że nikt go nie słyszy
-Co powiedziałeś?-spytałem
-Nic, nic.
-Loueh, wiem, że kłamiesz. Co ona przeszła?
-Michael ją porwał. Zrobił z niej dziwkę, później przeciągnął na swoją stronę. Musiała wykonać zadania po których miała dołączyć do Burks'ów. Podczas ostatniego zadania zabiła go. Uwolnił Charles'a i Kacpra i uciekli, ale to ją zmieniło. Ona już nigdy nie będzie taka jak kiedyś.
Nagle zadzwonił mój telefon. Odebrałem bez patrzenia kto to.
-Ha-arry! Sa-ally zabra-ali do psychiatryka!-krzyknął dziewczęcy głos. Był pełen bólu i rozpaczy.
niedziela, 23 czerwca 2013
Rozdział piętnasty, czyli wróciłam!
-No dobrze, kochanie.
*Louis*
Próbowałem z kontaktować się z Sally. Na marne, ale dzisiaj coś mnie podkusiło. Skupiłem się na jednym przedmiocie, a mianowicie na krześle, i krzyknąłem w myślach-SALLY!!!!!!!!!
Conrad powiedział, że to skutkuje jeśli dana osoba ma włączony chip. Podobno słyszy, że ją się woła. Próbowałem przez półtora miesiąca, ale dzisiaj wiedziałem, że się uda
-Louis?!-usłyszałem głos po drugiej stronie naszego komunikatora
-A kto inny?
-Louis posłuchaj mnie uważnie. Za chwilę się rozłączę i zadzwonię na twój telefon. Będzie nam łatwiej rozmawiać.
-No dobrze.
Po chwili zadzwonił mój telefon. Na ekranie nie wyświetlał się żaden numer. Pisało po prostu 'dzwoni' nic więcej.Odebrałem.
-Louis to ty?-spytała dziewczyn a
-Nie, Angelina Jolie.
-Czyli ty. Czemu dzwonisz?
-Sally. Nie odzywałaś się przez trzy miesiące i nagle dzwonisz do mnie i mówisz, że już nigdy nie wrócisz. Nie powiedziałem nikomu o naszej nocnej rozmowie. Uwierz było ciężko utrzymać to w tajemnicy. Patrzyłem jak wszyscy się męczą nie wiedząc co się z Tobą dzieje i nie móc im powiedzieć, że Ty już nie wrócisz. Przynajmniej tak mówiłaś. Próbowałem się z Tobą skontaktować przez te półtora miesiąca. Na próżno. Co się wtedy działo?
- Michael przeciągnął mnie na swoją stronę. Najpierw przez te trzy miesiące zarabiał na mnie. Zrobił za mnie dziwkę czy jak to się tam mówi. Po trzech miesiącach męczenia mnie, gwałcenia, poniżania udał, że zabił Charles'a. Ja naiwna mu uwierzyłam. Jak do Ciebie zadzwoniłam dostałam chip na dziesięć minut i miałam skontaktować się z Oliwią, ale ona nie odbierała tak samo jak reszta, więc zadzwoniłam do Ciebie. Później przez półtora miesiąca wykonywałam zadania, po których miałam zostać przyjęta do Burks'ów. Podczas wykonywania ostatniego zadania, czyli metamorfozy, zabiłam Michaela. Poszłam do bazy i okazało się, że Charles żyje. Uwolniłam go. Poprosił mnie o zabranie ze sobą Kacpra. Tak też zrobiliśmy. Tylko teraz mamy problem. jesteśmy na zupełnie innym kontynencie bez pieniędzy, ubrań ogólnie rzecz biorąc jesteśmy bez niczego. Chociaż nie mamy dokumenty CIA.
-Jak to na innym kontynencie?
-Wywieźli nas do Ameryki Północnej. Okolice LA. Nie wiemy co zrobić.
-Powiedz gdzie dokładnie jesteście?
-Jesteśmy przy 7th Street. A czemu pytasz?
-Po prostu chce wiedzieć gdzie jesteście.
-Dobra Loueh. Ja kończę. Muszę jeszcze obdzwonić resztę. Nie przejmuj się nami jakoś sobie poradzimy. Pa. Jeszcze do Ciebie zadzwonię.
-No papa.-powiedziałem i usłyszałem sygnał kończącego się połączenia. Dobrze wiedziałem co teraz zrobię.
*Kacper*
Szliśmy właśnie całą trójką przez 7th Street, gdy koło nas zatrzymało się czarne auto z przyciemnionymi szybami. Drzwi się otworzyły i wyjrzał z nich jakiś koleś.
-Louis!-krzyknęła Sally.
-Chłopcy! Wsiadamy. Zaraz wam wszystko wytłumaczę.
Grzecznie posłuchaliśmy Sal i po chwili mknęliśmy głównymi ulicami LA.
-Więc tak. Kacper, Charles to jest Louis. Louis to są Kacper i Charles. Louis to członek boysbandu który miałam chronić. Kacper i Charles są moimi współlokatorami z bazy. A teraz Louis co ty tu robisz?
-Przyjechaliśmy do LA bo mamy tu koncert. Zabieram was do naszego hotelu. Odpoczniecie, później pójdziemy kupić wam jakieś ciuchy i odeślemy was do Polski. Bo zakładam, że chcecie tam wrócić.
-I to jak.
Pięć minut później Sal przedstawiała nas reszcie zespołu. Byli nawet sympatyczni. Polubiłem ich. Charles chyba zresztą też. Najbardziej zdziwiło mnie jednak to, jak bardzo opiekuńczy byli w stosunku do Sally. Położyliśmy się spać i od razu zasnęliśmy.
*Kilka godzin później*
-Dobra. To jest ostatni sklep do jakiego wchodzimy. Później idziemy na lotnisko, tak?-spytała Sal. Jak na dziewczynę wyjątkowo nie lubiła sklepów.
-Tak jest proszę pani.
*Na lotnisku*
-No cóż drogie One Direction. Mam nadzieję, że się jeszcze kiedyś spotkamy.
-Na pewno.
Po tych słowach wszyscy zrobiliśmy grupowego miśka i nasza trójka ruszyła w kierunku samolotu.
Po długiej i męczącej podróży wreszcie byliśmy w Polsce. Od razu poszliśmy do bazy 001. Sal otworzyła ją i krzyknęła na cały głos:
-Wróciłam!!!
*Louis*
Próbowałem z kontaktować się z Sally. Na marne, ale dzisiaj coś mnie podkusiło. Skupiłem się na jednym przedmiocie, a mianowicie na krześle, i krzyknąłem w myślach-SALLY!!!!!!!!!
Conrad powiedział, że to skutkuje jeśli dana osoba ma włączony chip. Podobno słyszy, że ją się woła. Próbowałem przez półtora miesiąca, ale dzisiaj wiedziałem, że się uda
-Louis?!-usłyszałem głos po drugiej stronie naszego komunikatora
-A kto inny?
-Louis posłuchaj mnie uważnie. Za chwilę się rozłączę i zadzwonię na twój telefon. Będzie nam łatwiej rozmawiać.
-No dobrze.
Po chwili zadzwonił mój telefon. Na ekranie nie wyświetlał się żaden numer. Pisało po prostu 'dzwoni' nic więcej.Odebrałem.
-Louis to ty?-spytała dziewczyn a
-Nie, Angelina Jolie.
-Czyli ty. Czemu dzwonisz?
-Sally. Nie odzywałaś się przez trzy miesiące i nagle dzwonisz do mnie i mówisz, że już nigdy nie wrócisz. Nie powiedziałem nikomu o naszej nocnej rozmowie. Uwierz było ciężko utrzymać to w tajemnicy. Patrzyłem jak wszyscy się męczą nie wiedząc co się z Tobą dzieje i nie móc im powiedzieć, że Ty już nie wrócisz. Przynajmniej tak mówiłaś. Próbowałem się z Tobą skontaktować przez te półtora miesiąca. Na próżno. Co się wtedy działo?
- Michael przeciągnął mnie na swoją stronę. Najpierw przez te trzy miesiące zarabiał na mnie. Zrobił za mnie dziwkę czy jak to się tam mówi. Po trzech miesiącach męczenia mnie, gwałcenia, poniżania udał, że zabił Charles'a. Ja naiwna mu uwierzyłam. Jak do Ciebie zadzwoniłam dostałam chip na dziesięć minut i miałam skontaktować się z Oliwią, ale ona nie odbierała tak samo jak reszta, więc zadzwoniłam do Ciebie. Później przez półtora miesiąca wykonywałam zadania, po których miałam zostać przyjęta do Burks'ów. Podczas wykonywania ostatniego zadania, czyli metamorfozy, zabiłam Michaela. Poszłam do bazy i okazało się, że Charles żyje. Uwolniłam go. Poprosił mnie o zabranie ze sobą Kacpra. Tak też zrobiliśmy. Tylko teraz mamy problem. jesteśmy na zupełnie innym kontynencie bez pieniędzy, ubrań ogólnie rzecz biorąc jesteśmy bez niczego. Chociaż nie mamy dokumenty CIA.
-Jak to na innym kontynencie?
-Wywieźli nas do Ameryki Północnej. Okolice LA. Nie wiemy co zrobić.
-Powiedz gdzie dokładnie jesteście?
-Jesteśmy przy 7th Street. A czemu pytasz?
-Po prostu chce wiedzieć gdzie jesteście.
-Dobra Loueh. Ja kończę. Muszę jeszcze obdzwonić resztę. Nie przejmuj się nami jakoś sobie poradzimy. Pa. Jeszcze do Ciebie zadzwonię.
-No papa.-powiedziałem i usłyszałem sygnał kończącego się połączenia. Dobrze wiedziałem co teraz zrobię.
*Kacper*
Szliśmy właśnie całą trójką przez 7th Street, gdy koło nas zatrzymało się czarne auto z przyciemnionymi szybami. Drzwi się otworzyły i wyjrzał z nich jakiś koleś.
-Louis!-krzyknęła Sally.
-Chłopcy! Wsiadamy. Zaraz wam wszystko wytłumaczę.
Grzecznie posłuchaliśmy Sal i po chwili mknęliśmy głównymi ulicami LA.
-Więc tak. Kacper, Charles to jest Louis. Louis to są Kacper i Charles. Louis to członek boysbandu który miałam chronić. Kacper i Charles są moimi współlokatorami z bazy. A teraz Louis co ty tu robisz?
-Przyjechaliśmy do LA bo mamy tu koncert. Zabieram was do naszego hotelu. Odpoczniecie, później pójdziemy kupić wam jakieś ciuchy i odeślemy was do Polski. Bo zakładam, że chcecie tam wrócić.
-I to jak.
Pięć minut później Sal przedstawiała nas reszcie zespołu. Byli nawet sympatyczni. Polubiłem ich. Charles chyba zresztą też. Najbardziej zdziwiło mnie jednak to, jak bardzo opiekuńczy byli w stosunku do Sally. Położyliśmy się spać i od razu zasnęliśmy.
*Kilka godzin później*
-Dobra. To jest ostatni sklep do jakiego wchodzimy. Później idziemy na lotnisko, tak?-spytała Sal. Jak na dziewczynę wyjątkowo nie lubiła sklepów.
-Tak jest proszę pani.
*Na lotnisku*
-No cóż drogie One Direction. Mam nadzieję, że się jeszcze kiedyś spotkamy.
-Na pewno.
Po tych słowach wszyscy zrobiliśmy grupowego miśka i nasza trójka ruszyła w kierunku samolotu.
Po długiej i męczącej podróży wreszcie byliśmy w Polsce. Od razu poszliśmy do bazy 001. Sal otworzyła ją i krzyknęła na cały głos:
-Wróciłam!!!
czwartek, 20 czerwca 2013
Rozdział czternasty, czyli no dobrze kochanie...
Rozdział dedykuję kokienkoo za pierwszy komentarz na tym blogu. Wielkie dzięki :)
Dzieci z CIA nie mogły się dowiedzieć co się stało z Sally.
*Sally*(włącz to)
-No to już ostatnie zadanie. Tylko dla kobiet. Większość pań lubi takie rzeczy, ale domyślam się, że Ciebie to nie zadowoli. Zmienimy Ci fryzurę, kolor włosów, ciuchy i kolor oczu. Przejdziesz metamorfozę. Zaczniemy od odwiedzenia fryzjera.-Michael był tak przejęty tym wszystkim, że nie zauważył kawałka zbitej butelki który podniosłam z ziemi. Szliśmy sami. Całą swoją świtę zostawił w budynku. To było doskonała okazja do uwolnienia się. Szedł przede mną. Wystarczyło, że zrobię jeden szybki ruch i już po nim. Zastanawiałam się czy to uczciwe, ale biorąc pod uwagę to co on robił ze mną- mój czyn będzie uznany za działanie w obronie własnej. Zrobiłam jeszcze krok i cicho niczym pantera doskoczyłam do Michaela. Szkło które trzymałam w dłoni wbiłam mu w tętnicę pulsującą tuż nad moim łokciem, którym przyduszałam chłopaka. Puśiłam ciało i patrzyłam jak powoli jego oczy gasną.
-Co ty zrobiłaś?-wyszeptał na ostatnim tchu
-To za Charles'a.-odpowiedziałam i wtedy jego oczy przesłoniła mgła, klatka piersiowa przestała podnosić się i opadać.
-Zabiłam człowieka.-szepnęłam-Jestem mordercą.
Rozejrzałam się gdzie jestem. Wiedziałam tylko jak trafić z powrotem do budynku w którym byłam. Jednak teraz po zabójstwie czułaś w sobie siłę. Wiedziałaś, że jak Michael zginął to Burk'si nie będą już tak silni. Będę mogła ich pokonać. Po tym zadaniu miałam oficjalnie zostać przyjęta do gangu, miałam mieć tatuaż Burk'sów. Na szczęście nie doszłam do końca zadań. Weszłam do budynku.
-Michael nie żyje!!!-krzyknęłam-Zabiłam go. Teraz, żegnam.-powiedziałam i trzasnęłam drzwiami. Chciałam żeby myśleli, że wyszłam. Po chwili do sali wszedł pierwszy chłopak uderzyłam go w tył głowy. Zemdlał. Dwóch z głowy jeszcze tylko 98. Poszłam w stronę głównej centrali dowodzenia. Musiałam iść po mój chip. Od mojej rozmowy z Lou minęło półtora miesiąca. Od pięciu miesięcy nie widziałam się z One Direction i dziećmi. Tęsknie za nimi. Teraz nie wiem gdzie jestem i kiedy do nich wrócę, czy w ogóle wrócę. Gdziekolwiek jestem. Doszłam do centrali i otworzyłam drzwi. Dobrze wiedziałam, że nikt ich nie pilnuje. Otworzyłam pierwszą szufladę i zobaczyłam klucze. Mnóstwo kluczy. Jeden szczególnie mnie zaintrygował. Ten z podpisem Charles. Wzięłam go i schowałam do kieszeni spodni. Przeszukałam całe pomieszczenie i w końcu znalazłam to czego szukałam. Chip, ale nie jeden. Multum. Znalazłam mój. I Charlesa. Działał. To dziwne. Chip umiera razem z jego właścicielem. Czyli Charles żyje. Nie zabili go. Chcieli mnie tylko wystraszyć, załamać. Wsadziłam mój chip na miejsce i "wpisałam" kod. Po chwili wiedziałam już co i jak, ale nie kontaktowałam się z nikim. Pobiegłam do pokoju Charlesa. Ze spodni wyjęłam klucz i otworzyłam drzwi.
-Charles!-krzyknęłam i rzuciłam się chłopakowi na szyję. Wyglądał o niebo lepiej niż kiedy go ostatnio widziałam.
-Masz to twój chip. Zabiłam Michael'a. Uciekajmy.
-Dobrze, ale weźmy ze sobą Kacpra. On nadal ma chip, zaraz z nim pogadam.
-No dobrze, kochanie...
Dzieci z CIA nie mogły się dowiedzieć co się stało z Sally.
*Sally*(włącz to)
-No to już ostatnie zadanie. Tylko dla kobiet. Większość pań lubi takie rzeczy, ale domyślam się, że Ciebie to nie zadowoli. Zmienimy Ci fryzurę, kolor włosów, ciuchy i kolor oczu. Przejdziesz metamorfozę. Zaczniemy od odwiedzenia fryzjera.-Michael był tak przejęty tym wszystkim, że nie zauważył kawałka zbitej butelki który podniosłam z ziemi. Szliśmy sami. Całą swoją świtę zostawił w budynku. To było doskonała okazja do uwolnienia się. Szedł przede mną. Wystarczyło, że zrobię jeden szybki ruch i już po nim. Zastanawiałam się czy to uczciwe, ale biorąc pod uwagę to co on robił ze mną- mój czyn będzie uznany za działanie w obronie własnej. Zrobiłam jeszcze krok i cicho niczym pantera doskoczyłam do Michaela. Szkło które trzymałam w dłoni wbiłam mu w tętnicę pulsującą tuż nad moim łokciem, którym przyduszałam chłopaka. Puśiłam ciało i patrzyłam jak powoli jego oczy gasną.
-Co ty zrobiłaś?-wyszeptał na ostatnim tchu
-To za Charles'a.-odpowiedziałam i wtedy jego oczy przesłoniła mgła, klatka piersiowa przestała podnosić się i opadać.
-Zabiłam człowieka.-szepnęłam-Jestem mordercą.
Rozejrzałam się gdzie jestem. Wiedziałam tylko jak trafić z powrotem do budynku w którym byłam. Jednak teraz po zabójstwie czułaś w sobie siłę. Wiedziałaś, że jak Michael zginął to Burk'si nie będą już tak silni. Będę mogła ich pokonać. Po tym zadaniu miałam oficjalnie zostać przyjęta do gangu, miałam mieć tatuaż Burk'sów. Na szczęście nie doszłam do końca zadań. Weszłam do budynku.
-Michael nie żyje!!!-krzyknęłam-Zabiłam go. Teraz, żegnam.-powiedziałam i trzasnęłam drzwiami. Chciałam żeby myśleli, że wyszłam. Po chwili do sali wszedł pierwszy chłopak uderzyłam go w tył głowy. Zemdlał. Dwóch z głowy jeszcze tylko 98. Poszłam w stronę głównej centrali dowodzenia. Musiałam iść po mój chip. Od mojej rozmowy z Lou minęło półtora miesiąca. Od pięciu miesięcy nie widziałam się z One Direction i dziećmi. Tęsknie za nimi. Teraz nie wiem gdzie jestem i kiedy do nich wrócę, czy w ogóle wrócę. Gdziekolwiek jestem. Doszłam do centrali i otworzyłam drzwi. Dobrze wiedziałam, że nikt ich nie pilnuje. Otworzyłam pierwszą szufladę i zobaczyłam klucze. Mnóstwo kluczy. Jeden szczególnie mnie zaintrygował. Ten z podpisem Charles. Wzięłam go i schowałam do kieszeni spodni. Przeszukałam całe pomieszczenie i w końcu znalazłam to czego szukałam. Chip, ale nie jeden. Multum. Znalazłam mój. I Charlesa. Działał. To dziwne. Chip umiera razem z jego właścicielem. Czyli Charles żyje. Nie zabili go. Chcieli mnie tylko wystraszyć, załamać. Wsadziłam mój chip na miejsce i "wpisałam" kod. Po chwili wiedziałam już co i jak, ale nie kontaktowałam się z nikim. Pobiegłam do pokoju Charlesa. Ze spodni wyjęłam klucz i otworzyłam drzwi.
-Charles!-krzyknęłam i rzuciłam się chłopakowi na szyję. Wyglądał o niebo lepiej niż kiedy go ostatnio widziałam.
-Masz to twój chip. Zabiłam Michael'a. Uciekajmy.
-Dobrze, ale weźmy ze sobą Kacpra. On nadal ma chip, zaraz z nim pogadam.
-No dobrze, kochanie...
Subskrybuj:
Posty (Atom)



